Fig & Walnut Breakfast Loaf. Śniadaniowy Chlebek z Figami i Orzechami Włoskimi.

dwa
Funny how I can’t seem to decide which direction I would like this blog to take. Food? Psychology? Books? Rants? More personal stuff? Lifestyle? Advice? Good God almighty!
I hope my dilemma will just solve itself with as time passes by, but for now forgive me when I mix cookie recipes with Freud-oriented gabble and health advice. What happens later? Only time will tell.
With that being said, I now want to share with you one of my favorite fall recipes – a recipe for autumn-y breakfast loaf with nutritious walnuts and flavoursome figs. Hurry up, the fig season is almost over (at least here, in London).
The bread itself is very versatile – goes great with peanut butter, (vegan) cream cheese, a glass of plant milk or just as a replacement for a nut bar when you need a quick snack. Tastes even better if being consumed in someplace cozy, with a book in hand and feet all wrapped in a fluffy blanket.
INGREDIENTS
  • 2 cups flour (plain all purpose white flour or mixed with whole wheat flour)
  • 2 teaspoons baking powder
  • 1 teaspoon salt
  • 1 cup plant milk (e.g. soy, almond or oat)
  • 2 tablespoons applesauce
  • 1 teaspoon apple cider vinegar
  • 1/3 cup brown sugar
  • 1/4 cup coconut oil
  • 1 teaspoon vanilla extract
  • 1-2 figs, chopped
  • a handful of walnuts, chopped

Preheat the oven to 180 degrees Celsius and prepare a loaf pan – either lining it with baking paper or greasing with oil.

In a large mixing bowl, combine milk, applesauce, apple cider vinegar, brown sugar, coconut oil and vanilla extract. Now add in all the dry ingredients – flour, salt and baking powder. Finally, throw in chopped figs and nuts.

Mix thoroughly until everything is well combined. The batter should be slightly thick, but still runny enough to be easily transferred to the loaf pan.

Bake for approximately 50 minutes, leave to cool completely before slicing. Serve with our favorite spread – I’d recommend peanut butter, raspberry jam or a dollop of thick coconut yoghurt!

1

cztery

Zabawne, jak bardzo nie mogę zdecydować, jaki kierunek powinien obrać ten mój nieszczęsny blog. Kulinaria? Psychologia? Książki? Bardziej osobiste wywody? Narzekania? Lifestyle? Życiowe porady? Dobry Boże!
Mam nadzieję, że z czasem mój dylemat rozwiąże się sam. Na razie jednak musicie mi wybaczyć, podczas gdy nadal będę mieszać przepisy na ciastka z freudowską paplaniną i wskazówkami dotyczącymi zdrowia i urody. A co stanie się potem – czas pokaże!
Skoro już sobie to wyjaśniliśmy, pozwólcie, że wrzucę Wam tu teraz jeden z moich najulubieńszych jesiennych przepisów – przepis na śniadaniowy chlebek pełen orzechów włoskich i fig. Lepiej się pospieszcie, sezon na te ostatnie dobiega już końca (przynajmniej tu, w Londynie).
Chlebek sam w sobie jest niesłychanie uniwersalny – smakuje doskonale tak z masłem orzechowym, (wegańskim) kremowym serkiem, jak i ze szklanką roślinnego mleka, ale i jedzony tak “po prostu”, jako zamiennik dla orzechowych batoników energetycznych, gdy potrzebujecie szybkiej przekąski.
A jeszcze lepiej sprawdza się jedzony w przytulnym otoczeniu – z książką w ręku i stopami szczelnie otulonymi puchatym kocykiem.

SKŁADNIKI

  • 2 szklanki mąki (zwykła biała mąka lub zmieszana z mąką pełnoziarnistą)
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 szklanka mleka roślinnego (np. sojowego, migdałowego lub owsianego)
  • 2 łyżki musu jabłkowego
  • 1 łyżeczka octu jabłkowego
  • 1/3 szklanki brązowego cukru
  • 1/4 szklanki oleju kokosowego
  • 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
  • 1-2 figi, posiekane
  • garść orzechów włoskich, posiekanych

Rozgrzej piekarnik do 180 stopni Celsjusza i przygotuj formę do pieczenia chleba – wyłóż ją papierem do pieczenia lub natłuść olejem.

W dużej misce połącz mleko, mus jabłkowy, ocet jabłkowy, brązowy cukier, olej kokosowy i ekstrakt waniliowy. Następnie dodaj suche składniki – mąkę, sól i proszek do pieczenia. Na koniec wrzuć pokrojone figi i orzechy.

Dokładnie wymieszaj. Ciasto powinno być dość gęste, ale nadal na tyle płynne, by można je było łatwo przenieść do formy do pieczenia.

Piecz przez około 50 minut, a potem pozostaw do całkowitego ostygnięcia przed krojeniem. Podawaj z ulubionymi smarowidłami – polecam masło orzechowe, dżem malinowy lub łyżkę gęstego jogurtu kokosowego!

1 copy

Thriving or just Surviving? The grey area between health and illness. Pt.1. Przetrwanie czy Prosperowanie? Szara strefa miedzy zdrowiem i choroba. Cz.1.

We are having a baby girl!

  • P stands for positive emotions – such as gratitude, inspiration, hope, curiosity love and many more;
  • E is for engagement – the feeling we get when we’re truly, genuinely engaged in a project, task or particular activity; this is when time seems to stop and we focus on nothing, but the present (and so we get a chance to experience a state of flow); 
  • R means (good) relationships – as social beings, we need relationships with others to feel safe, happy and to thrive; the more meaningful, authentic and positive relationships based on honesty and respect we have, the happier we can become;
  • M stands for meaning – the feeling we get when working for a cause that is bigger than ourselves (may it be an idea, belief, science or other things we find as particularly important);
  • A is for achievement – a feeling of accomplishing something (like reaching a specific goal, mastering a skill or simply becoming better at something);

In a very simplistic, but kind of convincing way, one may think of them as of superpowers (or Pokemons). The more you have, the stronger you become. And if you gather all of them, you become invincible. 

Or even better – you become truly happy.

The great thing is, that it’s not easier said than done. It can be done, actually (been there, believe me). And it’s fun. And there’s methods to be used in order to do it.

But let’s discuss it in the second part, shall we? Lots of love,

1

Szara strefa miedzy pelnym zdrowiem, a choroba.

Moje serce autentycznie puchnie ze szczęścia za każdym razem kiedy zauważam jakąkolwiek pozytywną zmianę w zakresie świadomości społecznej naokoło tematyki dobrostanu psychicznego. Każda nowa kampania dotykająca zagrożeń, jakie dla naszego zdrowia (czy życia) mogą nieść trudności psychiczne, przywraca mi jakąś część wiary w ludzkość. Każdy kolejny slogan stworzony po to, by zwrócić uwagę na wysokie wskaźniki depresji czy zaburzeń odżywiania występujące we współczesnym świecie, napełnia mnie szczególnym rodzajem optymizmu. A jednak jest jakieś światło w tym tunelu! Jest jakaś nadzieja! Tak, ale…

No właśnie. Zawsze musi być jakieś ale. A to dlatego, że w dyskusjach naokoło zdrowia psychicznego często pomijamy pewien bardzo istotny aspekt:

Brak choroby niekoniecznie oznacza pełne zdrowie.

I tyle. Proste? Proste.
Nie musisz być chory psychicznie, żeby być autentycznie nieszczęśliwym. Nie musisz dostać diagnozy psychologicznego zaburzenia, żeby naprawdę cierpieć. To, że nie zdradzasz określonego zestawu symptomów, bynajmniej nie oznacza, że Twoja codzienność nie jest mordęgą. A fakt, że nikt nigdy nie przepisał Ci żadnych leków, nie czyni Twojego bólu mniej prawdziwym, poważnym czy autentycznym niż ból tych, którzy uśmierzają go medykamentami.

Pomiędzy pełnią zdrowia pełnią choroby istnieje specyficzna szara strefa. Przestrzeń, do której każdy z nas może zsunąć się nagle i bez uprzedzenia. Jednego dnia bowiem możemy czuć się jeszcze normalnie, a następnego nagle przestajemy czuć się sobą, zapominając przy tym, jak to jest odczuwać przyjemność. Czy też: jak to jest w ogóle cokolwiek odczuwać. I dokładnie ten dziwaczny proces mam na myśli, gdy mówię o równi pochyłej dystymii i, potencjalnie, depresji (tej wrednej dziwki, przepraszam za wyrażenie).

Jak odroznic prosperowanie od przetrwania? 

Prosperowanie oznacza zdolność do rozwoju, zmiany i odnajdywania przyjemności i nadziei w otoczeniu, w którym funkcjonujemy. Oznacza umiejętność odnajdowania w codziennym życiu znaczenia – naszego własnego, osobistego sensu. Oznacza gotowość do nawiązywania i podtrzymywania pozytywnych, stabilnych relacji z innymi i do radzenia sobie z wyzwaniami, które stawia przed nami rzeczywistość. 

Przetrwanie to coś zupełnie innego – sprowadza się do zdolności do przeżycia kolejnego dnia i… W sumie niczego więcej. W takim “przetrwalnym” rytmie życia, zazwyczaj permanentnie zmagamy się z brakiem motywacji, zagubieniem, poczuciem, że utknęliśmy w miejscu.  Bezustannie kwestionujemy nasze życiowe wybory, w relacjach z innymi czujemy tylko brak autentyzmu, a w codziennym funkcjonowaniu skupiamy się głównie na tym, co idzie nie tak (zazwyczaj dochodząc do wniosku, że nie tak, jak powinno, idzie absolutnie wszystko, ale i tak niewiele da się z tym zrobić). Nadal jednak nie jest to tak zwana depresja w pełnym rozkwicie, a więc wielu z nas lekceważy powagę sytuacji. Budzimy się, idziemy do pracy, wracamy do domu, jemy beznadziejny obiad, oglądamy Netfliksa albo kablówkę, idziemy spać, budzimy się… “Takie jest życie”, mówimy sobie w między czasie. “Tak to już jest”. 

Z pewnością tak to już jest i było dla wielu. Wcale jednak nie znaczy to, że tak właśnie być powinno. 

Widziałam aż nazbyt wiele osób (w niektórych kontekstach sama dołączając zresztą do tego grona), godzących się na przeżywanie kolejnego dnia w tym dziwnym stanie wyblakłej bezwoli. Wmawiających sobie, że tak po prostu wygląda dorosłość. Przypadkowy dyplom. Nudne, bezcelowe randki. Korki drogowe. Długi. Podatki. Gówniany szef, gówniana dieta, gówniany seks. Gówniane nastawienie do życia i gówniane myśli. I żebyśmy się tylko dobrze zrozumieli – bynajmniej nie twierdzę, że jest coś nie w porządku z przechodzeniem w życiu gorszych okresów. Wręcz przeciwnie! Negatywne emocje są, do pewnego stopnia, zdrowe, pełniąc wiele adaptacyjnych funkcji: informują nas, że coś jest nie tak; nakazują nam wycofać się z danej sytuacji, motywują do zmiany; nieraz sprawiają, że się zatrzymujemy, zastanawiamy, odpoczywamy, zmieniamy kierunek działania. Problem pojawia się nie wówczas, gdy (okresowo) czujemy się źle. Gorzej robi się wtedy, kiedy stale czujemy się… nijak. Nic nie jest dobrze, ale wszystko jest w porządku. 

No, tylko, że wcale nie jest. 

Prosperowanie, Seligman i Psychologia Pozytywna

Przez wiele lat Psychologia jako dziedzina nauki miała wkurzającą tendencję do skupiania się wyłącznie na tym, co jest z daną jednostką nie tak. Jeśli przejawiałeś określone symptomy, byłeś uznawany za chorego. Jeśli ich nie zdradzałeś – bam, byłeś zdrowy! Voila, zero przestrzeni na stany pośrednie! Dobrzy na lewo, źli na prawo i nara. Niestety, jednocześnie otrzymanie konkretnej diagnozy – w świetle nauki i teorii – praktycznie odbierało Ci prawo do odczuwania szczęścia. Bo skoro podział jest tak prosty, to  przecież nie można być chorym i szczęśliwym, albo zdrowym i nieszczęśliwym jednocześnie, prawda?

Nieprawda. 

O tym, że istnieją stany pośrednie, dyskutuje się w Psychologii tak naprawdę od niedawna, bo mniej więcej od późnych lat 80′ ubiegłego wieku. Debata rozgorzała za sprawą – między innymi – głosu Doktora Martina Seligmana, amerykańskiego psychologa z Uniwersytetu w Princeton, który zaczął dostrzegać rolę 

Jakkolwiek bym nie chciała, by było inaczej, to nie ja stoję za wynalezieniem pojęcia prosperowania. Autorem terminu jest właśnie wspomniany wyżej doktor Seligman, który nie tylko rozpoczął dyskusję na temat znaczenia pozytywnych emocji w zdrowiu i chorobie, ale i opracował cały model o enigmatycznym tytule: PERMA – zawierający w sobie przynajmniej kilka ważnych pojęć i idei. 

  • P jak pozytywne emocje (ang. positive emotions) takie, jak wdzięczność, natchnienie, nadzieja, ciekawość, miłość i wiele innych; 
  • E dla zaangażowania (ang. engagement)uczucia, które dopada nas gdy autentycznie i w pełni poświęcimy się danemu projektowi, zadaniu lub czynności, pojawiającego się wówczas, gdy czas wydaje nam się, że czas przestał istnieć, a przestrzeń nie ma znaczenia; 
  • R jak (dobre) relacje (and. [good] relationships) jako istoty społeczne potrzebujemy związków z innymi by móc czuć się bezpiecznie, odnajdywać szczęście i w pełni cieszyć się życiem; im więcej autentycznych, znaczących i pozytywnych relacji z innymi, opartych na szczerości i wzajemnym szacunku nawiązujemy, tym szczęśliwszymi się stajemy; 
  • M dla znaczenia (ang.meaning)poczucia, że pracujemy na rzecz czegoś – wierzenia, przekonania, nauki czy innej wartościowej dla nas idei – większego od nas samych;  
  • A dla osiągnięć (ang. achievement) – które wiążą się z poczuciem, że coś nam się udało, że osiągnęliśmy określony zamiar, zrealizowaliśmy konkretny cel, albo też zwyczajnie stajemy się coraz lepsi i lepsi w danej dziedzinie;  

W dużym skrócie, ale i w dość przekonujący sposób, można by pomyśleć o powyższych konceptach jak o supermocach (albo Pokemonach). Im więcej ich masz, tym silniejszym jesteś. A jeśli zbierzesz wszystkie, staniesz się niezwyciężalny.

Albo nawet lepiej – staniesz się naprawdę szczęśliwy.

Dobra rzecz jest w tym wszystkim taka, że wcale nie łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Bo to naprawdę jest wykonalne (byłam, widziałam, słowo daję). I w dodatku może stanowić niezłą zabawę. A na domiar wszystkiego, istnieją określone metody, które można w tym celu zastosować.

Ale zostawmy to sobie na część drugą, co? Tymczasem – ściskam Was mocno!

1 copy

Doomsday Preparation – Part 1. Przygotowania do Sądnego Dnia – Część 1.

biblia

My after-the-defense-recovery finally came to an end and I don’t feel disgusted anymore when looking at my preparation materials nor my thesis. My mother actually kept them in her car – so where I left them when she picked me up after my defense – for the last two months and she would only sometimes, shyly, ask me from time to time: Are you ready for me to take the notes back home? (as if they were living, breathing creatures, not just some pieces of paper lined with my pathologically neat notes). But I just wasn’t ready. Not because the defense itself didn’t go well (it was okay, almost great, actually), but because I’ve spent five years of my life on it and it was all just too fresh, too raw for me to deal with.

Time heals everything though, as they say, and I’m finally able to not only go through them with pride, but also take some pictures to share with you guys. I know that a lot of you will be defending your own thesis pretty soon and I figured that you could maybe find it as useful in the process of your own preparation. When revising for my defense, I came up with an entire system that actually worked really well. And the most important part is that now, almost two months after the Doomsday, I still remember as much as I did when entering the Defense Room (they really do call it that; creepy, I know).

I’m not sure what’s the system in your school, but during the defense at my University you get two questions. One is related to your thesis, and another one comes from a “bank” of 50 general questions from different fields of Psychology (so basically anything from neuropsychobiology to social psychology and psychopathology). Depending on a board, they sometimes require a very detailed answer, and sometimes are happy with just a brief, quick one – you never know though so I’d say it’s best to prepare really well. Especially that hey, they’re not asking you about quantum physics, but things you really should know when graduating.

I started preparing approximately two months before the date of my defense. If I could, I would give myself three months, but I simply had no time and, to be honest, I don’t think you will have it either. A month and a half should do as well but be realistic. If you want to be seriously ready, you have to put some effort in it. So get off Netflix. Get off Facebook. Get off Tinder (ok, you can swipe for like 5 minutes a day but not more than that, ok?) and… Get. Shit. Done.

biu.

MY GENERAL GOLDEN RULES, TIPS AND TRICKS: 

1.Knowing your method. I assume that these last couple of years you’ve had enough time to figure out what’s your own studying style. Great, now stick to it. You have your biggest battle ahead of you and it’s not the right time to experiment with new strategies (despite what your brother/mother/best friend or that hot girl you always bump into in the library says). You’re a visual learner? Great! Surround yourself with graphs and colorful tables. You learn better while listening to stuff? Nice, maybe it’s a good idea to record your notes and then listen to them on the way to the library? Opportunities are endless, but you see my point.

2. Three notebooks and counting. I kept a big notebook for my handwritten notes + a Google Doc file with digital notes that I later printed out and added some handwritten additions to + some loose sheets of paper + flashcards for revising difficult terms and things I couldn’t memorize. Dividing my material allowed me not to fall into the routine-trap. Also, re-writting my notes a couple of times (so filling a virtual document, then a notebook and then coming up with flashcards) literally made me study without even fully acknowledging it!

3.Color coding. Organizing your notes is almost as important as actually taking them (lol). The easier you can find something in your notebooks, the faster you learn and the less stresful it all becomes. I’ll actually write a separate post on that, but let me now just say: once you learn the system, is as easy as pie. And gives you a great excuse to splurge in your local stationery shop.

4. Making it pretty. I know what it’s like to feel DISGUST towards your own study material, believe me. What always helps me, though, is just putting some effort into making my notes look pretty. I mean, you’re gonna make them anyway, right? Then why not to turn it into a little masterpiece (or a primary-school textbook) full of colors and patterns? Even if you won’t become another Marie Curie, you will, at least, have something to proudly show to the next generations.

5. Studying everywhere. You should have seen my apartment (let me apologize to my sister/flatmate and my parents, who would find my notes literally everywhere during these two hard months – an I mean everywhere) before my defense. There was literally no spot you wouldn’t find a theory or a definition in. Again, it’s a brilliant way to study unconsciously. And it actually leaves you a little less tired!

6. Studying in the daylight, revising in the dark. Yes, it may depend on your personal preference, but a general rule is that one should rather memorize new material during the day (preferably in the morning!), and revise it in the evening, or even right before going to bed. According to science (I love you, science!), revising before bed is that effective as the protein trakcs in your brain consolidate when you sleep. So you better prepare yourself a nice, protein-packed midnight snack and study, sleep and repeat!

7. Shifting shit. I mentioned it before, but it deserves its’ own point: Routine will kill you. And even if you will survive, your brain cells won’t. I know that people differ, but personally, I’m a great advocate of mixing up and shifting your study areas and materials. So it was sociology, then neurobiology. Then statistics and psychoanalysis. Endless repetition of the exact same thing doesn’t work well for your productivity, and changing things a little bit makes studying a little bit exciting – if not even pleasant!

Let me know if you have any questions and if you’d like me to write a separate piece on color coding and other things!

1

Moja po-obronna-rekonwalescencja nareszcie dobiegła końca. Nie czuję już wstrętu na widok mojej magisterki albo materiałów do nauki, które zresztą moja mama trzymała w samochodzie – czyli tam, gdzie zostawiłam je w chwili, w której odebrała mnie z uczelni po obronie – przez ostatnie dwa miesiące. Od czasu do czasu tylko pozwalała sobie na nieśmiałe pytanie: Czy jesteś już gotowa żeby twoje notatki wróciły do domu? (zupełnie jakby były żywymi, oddychającymi stworzeniami, nie zaś tylko paroma kartkami papieru poznaczonymi szlaczkami mojego chorobliwie starannego pisma), ale ja nie byłam gotowa. I to nie dlatego, że obrona poszła źle (bo poszła dobrze, prawie fantastycznie), ale ponieważ stały się one definicją ostatnich pięciu lat mojego życia i wszystko to było zbyt żywe, zbyt świeże, bym mogła sobie tak po prostu na nie popatrywać.

Czas jednak leczy, jak to mówią mądrzy ludzie, więc nareszcie mogę nie tylko przeglądać moje przed-obronne zapiski z dumą, ale i zrobić im zdjęcia, żeby podzielić się nimi z Wami. Wiem bowiem, że wielu z Was będzie się wkrótce bronić i pomyślałam, że może coś z tego Wam się przyda. Podczas powtórek do własnej obrony, wypracowałam system, który okazał się być całkiem skuteczny. Najlepszą jego recenzją niech będzie fakt, że dziś – po prawie dwóch miesiącach od Sądnego Dnia – pamiętam z “wykutych” rzeczy mniej więcej tyle samo, ile pamiętałam wchodząc do Pokoju Obron (naprawdę tak się to nazywa; trochę straszne, wiem).

Nie jestem pewna, jaki system przyjęto na Waszej uczelni, ale na moim uniwersytecie podczas obrony dostaje się dwa pytania. Jedno dotyczy stricte Waszej pracy magisterskiej, drugie zaś pochodzi z puli 50 ogólnych pytań z najróżniejszych pod-dziedzin psychologii (a więc na psychoneurobiologii poczynając, a na psychopatologii i psychologii społecznej kończąc). W zależności od komisji, czasem oczekuje się od Was bardzo szczegółowej odpowiedzi, czasem zaś szanowne grono egzaminatorów zadowala się odpowiedzią krótszą i ogólniejszą. Tak czy inaczej, polecałabym jednak przygotować się całkiem przyzwoicie – nigdy nie wiadomo, na kogo się trafi. A tak poza tym to hej, nikt nie będzie Was pytał o fizykę kwantową, a jedynie o rzeczy, które naprawdę powinniście wiedzieć kończąc studia.

Naukę zaczęłam mniej więcej na dwa miesiące przed datą obrony. Jeślibym mogła, poświęciłabym na nią raczej trzy miesiące, ale zwyczajnie nie miałam więcej czasu i, tak szczerze mówiąc, wątpię, że i Wy będziecie go mieli. Półtora miesiąca też zresztą powinno wystarczyć, ale polecam bycie realistami: jeśli chcecie przygotować się do egzaminu w miarę porządnie, nie macie innego wyboru niż włożyć w przygotowania trochę wysiłku. Nadeszła więc pora, by wylogować się z Netfliksa. I z Facebook’a. I z Tindera (no dobra, możecie sobie pomachać tym palcem w lewo i prawo przez pięć minut dziennie, ale nie więcej, ok?). Przyszła. Pora. Brać. Się. Do. Roboty.

ZŁOTE ZASADY, TRIKI I PORADY: 

1.Poznaj swoją metodę. Zakładam, że przez te ostatnie kilka lat miałeś/miałaś dość czasu, by dowiedzieć się, jaka metoda nauki jest dla Ciebie najskuteczniejszą. Tak? To teraz się jej trzymaj. Masz przed sobą najważniejszą z bitew (hihi, hi), a więc to nie pora na eksperymenty, niezależnie od tego, co sugeruje Ci brat/mama/najlepszy przyjaciel, albo ta śliczna dziewczyna, na którą regularnie wpadasz w bibliotece. Jesteś wzrokowcem? Super! Pora otoczyć się wykresami i obrazkami. Wolisz uczyć się przez słuchanie nagranego materiału? Może mógłbyś/mogłabyś nagrywać swoje notatki! Możliwości jest multum!

2. Trzy notatniki. I więcej. Przed obroną używałam jednego dużego kołonotatnika na notatki spisywane ręcznie + dokumentu Google, który potem wydrukowałam, zbindowałam i uzupełniłam dopiskami + notatek na luźnych kartkach + fiszek ze szczególnie trudnym materiałem i pojęciami, których nie mogłam zapamiętać. Podzielenie materiału na kawałki pozwoliło mi nie wpaść w rutynę, a dodatkowo kilkukrotne przepisywanie notatek w różnych formach dosłownie zmusiło mnie do mimowolnej nauki “przy okazji”.

3. Kodowanie kolorystyczne. Porządkowanie i organizacja notatek są niemalże tak istotne, jak samo ich robienie (lol). Im lepiej podzielone, tym łatwiej jest potem znaleźć potrzebny materiał. A im łatwiej znajduje się potrzebny materiał, tym mniej stresu wiąże się z nauką. Chyba będę musiała sklecić na ten temat osobnego posta, ale na razie powiem jedno: kiedy już się załapie odpowiedni system, używanie kolorów do organizacji notatek jest jak bułka z masłem. I stanowi świetną wymówkę do zakupowego szaleństwa w sklepie papierniczym.

4. Upiększanie. Świetnie wiem, jak to jest BRZYDZIĆ SIĘ własnego materiału do nauki, uwierzta mi, Panie i Panowie. Na całe szczęście doskonałym antidotum jest włożenie odrobiny wysiłku w uczynienie notatek śliczniutkimi jak obrazek. No bo… Przecież i tak będziecie to wszystko spisywać, nie? Dlaczego więc nie zabawić się w artystę (lub też przedszkolaka, jak wolicie) i poorać te wszystkie strony szlaczkami, kolorkami i wymieszanymi czcionkami? Ja osobiście szczycę się warstwą wizualną moich notatek. Czasem bardziej niż treścią. No ale dobra – przynajmniej będzie co pokazywać potomnym.

5. W pociągu, na drągu. Czyli nauka wszędzie. Powinniście widzieć moje mieszkanie (w tym miejscu chciałabym przeprosić moją siostrę/współlokatorkę oraz moich rodziców, którzy podczas tych trudnych dwóch miesięcy przygotowań znajdowali moje notatki dosłownie wszędzie; tak, także w łazience). Nie było takiego miejsca, z którego nie wyskakiwałaby na mnie jakaś teoria albo definicja. I bardzo dobrze – bo to znowu sprzyja tzw. mimowolnej nauce. Nawet o tym nie myślisz, a zapamiętujesz!

6. Ucz się za dnia, powtarzaj po zmroku. Teoretycznie oczywiście zależy to w pełni od Twoich osobistych preferencji, ale ogólna zasada jest taka, że najlepiej jest uczyć się nowego materiału za dnia (a szczególnie rano), zaś powtarzać go wieczorem, czy wręcz przed samym położeniem się do łóżka. Nauka (kocham Cię, nauko!) dowodzi, że powtórki przed snem są tak skuteczne dlatego, że tzw. szlaki białkowe w naszym mózgu konsolidują się (tzn. tworzą i utrwalają) właśnie wtedy, gdy śpimy. A więc lepiej przygotuj sobie podkurek (wiecie, co to jest podkurek?) pełen białka iii do dzieła!

7. Mieszaj i miksuj. Wspominałam o tym wcześniej, ale jest to kwestia tak ważna, że chyba zasługuje na osobny akapit: Rutyna Cię zabije. A nawet jeśli nie, to zabije Twoje szare komórki. Wiem, że każdy może mieć do tego trochę inne podejście, ale osobiście jestem wielką zwolenniczką nauki naprzemiennej. Raz biologia mózgu, raz psychologia społeczna. Raz statystyka, raz psychoanaliza. Wielogodzinne wałkowanie tego samego materiału jakoś nigdy mi nie sprzyjało, a regularne zmienianie rytmu czyni naukę jeśli nie przyjemną, to choć odrobinę bardziej ekscytującą.

Dajcie znać, jeśli macie jakieś pytanka albo przemyślenia i czy chcielibyście osobnego posta na przykład o kodach kolorystycznych!

1 copy

 

#basic Vegan Chocolate Chip Cookies. Banalne Wegańskie Ciasteczka z Kawałkami Czekolady.

DSC_0480

I care about my health. I care about my body. I feel my best when following a diverse, healthy diet full of plants, monounsaturated fats and natural sugars. If I snack (which I do pretty often), you’ll find me snacking on granola, nuts, dried fruit, whole grain crackers and so on. You’ll see me grabbing a piece of fruit instead of a candy or blending these frozen bananas when everyone else’s having ice cream. These healthy foods make me feel energized but light at the same time. They’re great for my digestion. And they make me happy.

But (yes, there’s always a but) some days no nuts, no raw treats and no smoothies, can replace the most comforting, most #basic treat of all times. Chocolate Chip Cookies. Soft inside, crunchy outside. Loaded with chocolate droplets and made to be devoured in less then 3 minutes. Oh, you know, the ones that remind you of your childhood days (that sweet, sweet time you didn’t really care about your diet as your metabolism was simply unstoppable). The ones you would snack on right before bed and right after brushing your teeth even though you know you shouldn’t do that. The ones that make you smile the very moment you take the first bite.

The store bought ones, though, often contain eggs, butter and cow’s milk (or other non-vegan ingredients). Not to mention that they’re usually stuffed with crazy amounts of sugar. And palm oil. And we don’t want any of that. No, no.

What we want, though, is this healthified version of chocolate chip cookies. Plant-based, palm-oil free, made with brown sugar, they taste the same (or better) and are so much better for you!

Is there anything more you could possibly need?!

Oh, I forgot. A big glass of cold, cold (plant) milk.

INGREDIENTS: 

  • 1 & 1/2 cup flour – white, spelt or (best!), half-half, (or a gluten free one!)
  • ½ cup brown sugar
  • ½ cup coconut oil, melted
  • ½ cup applesauce
  • ½ cup oat milk or your plant milk of choice (almond and soy will work best)
  • ½ teaspoon salt
  • 1 teaspoon baking powder
  • ½ cup coconut oil, melted
  • 2 teaspoons vanilla extract (optional)
  • ½ cup vegan chocolate chips or pieces of chopped vegan chocolate

Preheat the oven to approx. 180 degrees Celsius.

Prepare two separate bowls. Use one for combining all the wet ingredients (plant milk, sugar, applesauce, coconut oil and vanilla extract).

In a second bowl, mix all the dry ingredients (so flour, salt and baking powder) except for the chocolate chips.

Now combine the contents of both bowls and mix well – when the dough is smooth, throw your chocolate chunks in.

Using a spoon, scoop out portions of the dough and place onto the baking sheet. Bake for approx. 10 minutes. Allow to cool and then enjoy (preferably with a glass of cold milk & before bed)!

1

DSC_0475 Dbam o swoje zdrowie. Dbam o swoje ciało. Czuję się najlepiej stosując różnorodną, ​​zdrową dietą pełną roślin, tłuszczów jednonienasyconych i naturalnych cukrów. Jeśli sięgnę po przekąski (co robię dość często), zwykle zobaczysz mnie podgryzającą granolę, orzechy, suszone owoce, pełnoziarniste krakersy i tak dalej. Najczęściej, będąc w biegu, zamiast po cukierka sięgnę po owoc, a gdy wszyscy inni będą zajadać się lodami, ja uparcie rzucę się do blendowania mrożonych bananów. Te zdrowe produkty sprawiają, że czuję się jednocześnie lekka, jak i pełna energii. Sprzyjają mojemu trawieniu. I – jakkolwiek błaho to nie brzmi – czynią mnie szczęśliwszą. 

Ale (tak, zawsze jest jakieś ale) zdarzają się dni, że żaden orzech, żaden surowy smakołyk, żadne smoothie nie zastąpi ciasteczek z kawałkami czekolady. Tych najbardziej klasycznych, banalnych, chrupiących z zewnątrz i o cudownie miękkim wnętrzu. Najeżonych czekoladowymi drobinkami, znikających z talerza w mniej niż 3 minuty. Tych, które przywodzą na myśl czasy dzieciństwa (ten słodki, słodki czas, kiedy miałeś/łaś zawrotny metabolizm i gdzieś wszystkie te głupie diety). Tych, które można przekąsić tuż przed snem i to zaraz po umyciu zębów, nawet jeśli aż za dobrze się wie, że tak nie wypada. Tych, które sprawiają, że uśmiechasz się dokładnie w momencie, gdy przełkniesz pierwszy kęs.

Niestety, ciasteczka kupione w sklepie często zawierają jajka, masło i mleko krowie (lub inne niewegańskie składniki). Nie wspominając już o tym, że zwykle są wypchane szalonymi ilościami cukru. I oleju palmowego. A tego nie chcemy. Oj, nie, nie.

Czego więc chcemy? No jak to! Ich zdrowszej wersji. Opartej na produktach roślinnych, wolnej od oleju palmowego, opartej na brązowym cukrze. Te z przepisu smakują tak samo (lub lepiej) niż kupne, a są o wiele lepsze dla zdrowia. 

No serio, można chcieć czegoś więcej?

(Dobra, można. Dużej szklanki zimnego roślinnego mleka.

SKŁADNIKI: 

  • 1 i 1/2 szklanki mąki – białej, orkiszowej lub (najlepiej) pół na pół (ewentualnie i bezglutenowej!)
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1/2 szklanki oleju kokosowego, roztopionego
  • 1/2 szklanki brązowego cukru
  • 2 łyżeczki ekstraktu waniliowego
  • 1/2 szklanki mleka owsianego lub innego mleka roślinnego (najlepiej migdałowego lub sojowego)
  • 1/2 szklanki musu jabłkowego
  • 1/2 szklanki wegańskich chocolate chips albo posiekanej wegańskiej czekolady
  • Rozgrzej piekarnik do 180 stopni Celsjusza.

Przygotuj dwie oddzielne miski.

W jednej połącz wszystkie mokre składniki (mleko roślinne, cukier, mus jabłkowy, olej kokosowy i ekstrakt waniliowy).

W drugiej misce wymieszaj składniki suche (a więc mąkę, sól i proszek do pieczenia) oprócz kawałków czekolady.

Teraz połącz zawartość obydwu misek i dokładnie wymieszaj – gdy ciasto będzie gładkie, dorzuć chocolate chips. 

Nabieraj kolejne porcje ciasta i układaj na blasze do pieczenia w równych odstępach. Piec przez ok. 10 minut. Pozostaw do ostygnięcia, a następnie pałaszuj, najlepiej ze szklanką zimnego mleka, tuż przed snem!

 

1 copy

Summertime Sadness. On repressed memories, trauma and healing. Wakacyjne Smutki. O wypartych wspomnieniach, traumie i zdrowieniu.

“I really need to get my mind off things. I need to read something light and relaxing, I need to finally watch series that are fun and entertaining”, I said, welcoming these long, post-defense summer days I could finally spend on things I didn’t really have time for the last months. I was – at least for a couple of months – done with all that heavy stuff that my thesis revolved around. How excited I was! How happy!

And here I am now, surrounded with a wall of books on childhood trauma and binge watching TV shows about family drama and repressed memories. Well, you can take a psychology student (now a real psychologist, actually) out of the faculty, but you won’t take psychology out of a psychology student, I guess…

Seems like there’s not much that can be done about it: My deep love for trauma (I know how it sounds like) is a fatum and I’m cursed… Therefore I finally decided to embrace it and dive into the ocean of defense mechanisms, tragedy and sorrow, now coming at you with a list of some pearls I found there.

  1. The Body Keeps the Score: Brain, Mind and Body in the Healing of Trauma, Bessel van der Kolk
  2. The Tale, dir. Jennifer Fox
  3. Little Life, Hanya Yanagihara
  4. Sharp Objects, dir. Jean-Marc Vallee
  5. Patrick Melrose, Edward St Aubyn
  6. Bloodline, created by Todd Kessler, Glenn Kessler and Daniel Zelman 
  7. The Glass Castle, Jeannette Walls

Image result for body keeps the score cover

The Body Keeps the Score: Brain, Mind and Body in the Healing of Trauma. Bessel van der Kolk.

The only entirely psychological, non-fictional book on my list and also, for a reason, the very first I want to talk about. Recommended to me by my thesis supervisor some years ago already, it still remains on top of my private ranking. I believe it’s also a great, non-sensationalistic introductory read to the topic of trauma in general. Combining theory, exhaustive description of mechanisms of psychological trauma and deeply moving stories on survival with truly beautiful language, it’s a worthwile read not only for psychology students/graduates/fanatics, but empathetic human beings in general.

Despite the heaviness of the topic (Body keeps the score  contains truly dramatic stories – of Vietnam, Afghanistan and Iraq veterans, incest survivors, victims of domestic and/or sexual violence, for example), it doesn’t leave you plain depressed nor hopeless. What I personally felt when reading it, was an insane amount of respect and admiration for Bessel van der Kolk’s dedication to his work as a psychiatrist and psychotherapist, but also for his patients’ strenght and resilience in the fight to keep on going despite what’s happened to them.

Heaviness Score: 5/10

Image result for the tale film

The Tale, dir. Jennifer Fox (based on a memoir by Jennifer Fox)

The story starts with Jennifer – your typical mature, strong, independent woman – getting a call from her mother wanting to tell her about a short story she found while decluttering the house. Written by Jenny at the age of 13, after she’s spent a summer with her horse-riding teacher, Mrs. G, and a running coach named Bill, it describes her first love (or rather what she believed to be love) and sexual experiences. To everyone except for Jennifer, it’s immediately clear she’s been abused. To everyone except for Jennifer, it’s immediately clear she was a victim. But she’s still in denial, and from here things start spiralling downward. Jennifer will have to travel back in time – not literally, obviously, but in her memory and her mind – to discover what’s really happened to her. She will also have to learn how to be both vulnerable and strong at the same time and deal with an overwhelming amount of feelings that every survivor can relate to: anger, hurt, guilt, hope.

Heavy, honest, hypnotizing – that’s what The Tale is. Filmed in a fresh, innovative way, far from romanticizing the “relationship” between a grown up man and a child, it, thankfully, doesn’t try to become your second Lolita. The abuse scenes – although not overly graphic – remain extremely uncomfortable. And the fact it’s autobiographical makes things even harder. Still, I definitely encourage you to watch it, especially if you’re interested in mechanisms of memory of trauma.

Heaviness Score: 8/10

Image result for little life cover

Little Life, Hanya Yanagihara

Okay, so I know that readers are divided – some love every page of Yanagihara’s novel, some, on the other hand, despise it. I, myself, am conflicted: A Little Life is definitely worth reading, but I can’t promise you will like it, enjoy it, or even agree with the manner in which Yanagihara constructs her characters and the universe they exist in.

The story follows lives of four men – Jude, Malcolm, JB and Willem – for years, from their youth to late-middle-age. It starts in a very innocent way, with our diverse little wolfpack hunting for an apartment, looking for jobs, attending parties, going on dates and doing all the things your usual young adult probably does when moving to New York City.  Soon, though, it becomes pretty evident that A little life is not another Sex and the City. Gradually – as everything becomes more and more focused on Jude, a talented lawyer with a very mysterious past – we discover a much, much darker and more disturbing side of the novel, that will probably leave you pretty devastated. Divided into seven separate parts with frequent flashbacks and unexpected shifts of narrative to the first person, with its’ language’s complexity and multi-layered plot, A Little Life is not an easy read. It’s I also sometimes find it pretty annoying and, to be honest, ideologically pushy, but – not wanting to spoil it or prime you in a certain way – I will leave it at that. Let me know if you’ve read it, though –  I am more than willing do discuss some parts and see what’s your opinion!

Heaviness Score: 7/10

Image result for edward st aubyn patrick melrose

Patrick Melrose Novels, Edward St Aubyn

Okay, this. This. I can’t remember when was the last time I had such a strong, almost visceral, reaction to a novel. The process of reading it was like eating a praline with a hornet stuffing. Beautiful words like intricate sugar sprinkles, subtle metaphors and beautiful descriptions of British aristocracy with its’ huge summer houses, luxurious living rooms and extravagant lifestyle cover the most poisonous, destructive content one can imagine. I’m not gonna tell you what exactly it is, but be prepared for something very, very dark and very, very heavy.

I just finished the fourth novel and am gathering my strength to continue with the next one. And yes, I’m still shattered, but Patrick Melrose is one of these series you can’t stop reading (despite the shivers and a gag reflex you get while reading it). The language layer is insane and the story it tells – especially when you realize it’s autobiographical – is all-consuming.

But I warn you. Recommended to tough readers only.

Heaviness Score: 10/10

 

Image result for sharp objects hbo poster

Sharp Objects, dir. Jean-Marc Vallee (based on a book by Gillian Flynn) 

Let me just say that I only saw the first episode so far… But I’ve actually read “Sharp Objects” three years ago, spending summer vacation in Greece (seems like my sympathy for heavy summer reads is nothing new), so I kind of know what I’m talking about (kind of, kind of). I found it to be quite an interesting (though not amazing) read. To me, it lacked a language richness I look for in literature (yes, even in my summer reads), but had everything else that a good crime story needs: a complicated, traumatized heroin covered in scars (literally) from head to toe, a mysterious murder and a dark secret from the past. Aaand as I said, it’s maybe not my favorite crime novel,  but I am still more than curious about the TV adaptation. Especially that – from what I’ve heard from my sister and my dad, both currently pretty obsessed with the last episode – it’s really freakin’ good. Dark, smart and surprising.

Additionally, the story touches subjects very close to my heart – also from the point of my academic interests: the effects of repression and denial, two very powerful defense mechanisms we all sometimes have to reach for in order to survive.

Heaviness Score: Don’t know yet, but probably pretty high!

Image result for bloodline poster

Bloodline, created by Todd Kessler, Glenn Kessler and Daniel Zelman (season 1) 

Uh-oh. Uh-oh. I’m not gonna be objective, because I am still blinded by my newly developed crush on Kyle Chandler (and, thanks to it, a freshly discovered taste for a dad-bod), but Bloodline is the bomb. THE BOMB, guys!

The plot revolves around members of the Rayburn family: the parents (an elderly couple owning a 5* Florida Keys hotel) and their children, of which three are more or less succesful and one is your stereotypical black sheep. After reuniting at a family party, the Rayburns will have to deal with some serious problems and believe me, nothing is what it seems to be.

The action progresses pretty slowly and you don’t get any car chases nor a HBO series-inspired graphic erotic scenes, but I still can’t remember the last time I watched a TV show as intense and gripping as this. And the cast does a magnificent job – actors that we usually see in supporting roles, play the main parts and my sweet lord, they play them WELL.

And yes, what happens to the Rayburn clan is quite hardcore (you’ll see, believe me), but I bet after only a couple of episodes you will be able to draw some interesting parallels between it and your own family’s story. This is what, in my opinion, makes it so precious – despite some extreme plot twists and major dramas it still touches very basic issues every family has to deal with at some point (oh, you know, trust and lack thereof, sense of guilt that’ll consume you whole, false memories, toxic white lies and A MURDER CASE?).

Heaviness Score: 7/10

Image result for glass castle book

The Glass Castle, Jeannette Walls 

This moving memoir is a collection of nightmares that Jeannette Walls and her three siblings had to go through in their childhood, while being raised by their nomadic, free-spirited (read: completely irresponsible) parents, Rose Mary and Rex. To call their parenting methods “unconventional” is an understatement – why? You’ll see when you read it,  but let me just tell you that compared to them, the slightly edgy, boho-vegan parents feeding their children with spirulina and refusing to vaccinate them, that you sometimes see on YouTube seem like complete amateurs.

As long as I enjoyed reading the book I still – contrary to what some say – didn’t find it particularly heartwarming. To me, to be entirely honest, it felt more like a terrifying testimony of a traumatic childhood, than a piece on unconditional love and forgiveness. It, though, has a different value. Jeannette Walls – consciously or not – managed to pinpoint a very common strategy of rationalizing, explaining and justifying our parents’ acts and decisions. A strategy we all – though probably coming from family environments not as dark as Walls’ – sometimes use have to reach for in our adult lives. A strategy that is, to me, a purest expression of this raw, innocent, naive love all children have for their parents – love that will make us fool and second-guess ourselves only to protect the ones we love the most.

Heaviness Score: 7/10

Uhh, that’s all, folks! I’m dying to know what you think!

1

“Muszę się oderwać. Muszę wreszcie przeczytać i obejrzeć coś lekkiego i relaksującego, “, powiedziałam, z szeroko otwartymi ramionami witając długie, z dawna wyczekiwane, letnie dni, które nadeszły po obronie mojej pracy magisterskiej. Wreszcie – po raz pierwszy od dosłownie miesięcy – miałam czas, by nadrobić wszystkie literacko-serialowe zaległości i uwolnić się od wszystkich tych przybijających, mrocznych tematów, które zawzięcie zaprzątały mi głowę (w czysto naukowym kontekście)…

I tak oto jestem, otoczona murem książek o traumie wczesnodziecięcej, obsesyjnie odpalająca kolejne odcinki seriali o rodzinnych dramatach i wypartych wspomnieniach.

Cóż, najwyraźniej można wyjąć studenta psychologii (teraz w zasadzie już prawdziwego psychologa), ale nie da się wyjąć psychologii ze studenta psychologii. Czy coś.

Co gorsza, chyba niewiele da się z tym zrobić: Moja miłość do traumy (wiem, jak to brzmi) jest jak fatum, a ja sama muszę być przeklęta… Postanowiłam więc wyciągnąć z tego jakieś korzyści i zanurkowałam w oceanie mechanizmów obronnych, tragedii i smutku, żeby przygotować dla Was listę kilku prawdziwych perełek, które to w nim znalazłam tego lata. Oto i one:

  1. Strach ucieleśniony: Mózg, Umysł i Ciało w terapii traumy, Bessel van der Kolk
  2. Opowieść, reż. Jennifer Fox
  3. Małe Życie, Hanya Yanagihara
  4. Ostre przedmioty, reż. Jean-Marc Vallee
  5. Patrick Melrose – Seria, Edward St Aubyn
  6. Bloodline, Todd Kessler, Glenn Kessler and Daniel Zelman 
  7. Szklany zamek, Jeannette Walls

Strach ucieleśniony: Mózg, Umysł i Ciało w terapii traumy, Bessel van der Kolk

Jedyna czysto “psychologiczna-psychologiczna”, pozycja na mojej liście i, nie bez przyczyny, także pierwsza, o której chcę Wam opowiedzieć. Polecona mi parę lat temu przez moją promotorkę, wciąż pozostaje na szczycie mojego prywatnego rankingu książek. Stroniąc od taniej sensacji, wprowadzi Was w tematykę traumy psychologicznej. Ale ponieważ łączy w sobie wiedzę teoretyczną wyczerpujące opisy mechanizmów, na których opiera się psychologiczna trauma, poruszające, prawdziwe historie osób, które ją pokonały i niezwykły język, jest cenną propozycją nie tylko dla studentów/absolwentów/fanatyków psychologii, ale po prostu dla wszystkich empatycznych ludzi, którym zależy na zrozumieniu tak siebie, jak i drugiego człowieka.

Pomimo “ciężkości” poruszanego tematu (Strach ucieleśniony zawiera między innymi dramatyczne świadectwa weteranów wojny w Wietnamie, Afganistanie i Iraku, osób przymuszanych do stosunków kazirodczych, ofiar przemocy seksualnej i/lub domowej), nie jest to jedna z tych książek, która odbiera Ci nadzieję i resztki optymizmu. Czytając ją, czułam nie tylko niezwykły szacunek dla poświęcenia, z jakim Bessel van der Kolk oddaje się swojej pracy psychiatry i psychoterapeuty, ale także, a może przede wszystkim, niewyobrażalny podziw względem odwagi i siły jego pacjentów, gotowych mierzyć się z tym, co ich spotkało i, mimo wszystko, walczyć o odzyskanie siebie.

Skala Ciężkości: 5/10

Opowieść, reż. Jennifer Fox

Akcja filmu rozpoczyna się w dniu, w którym Jennifer – tak zwana typowa dojrzała, silna, niezależna kobieta – odbiera telefon od własnej matki, która, podczas domowych porządków, znalazła wypracowanie napisane przez Jenny gdy ta miała trzynaście lat. Opowiadanie dotyczy relacji, jaką Jenny nawiązała z Panną G., swoją nauczycielką jazdy konnej, oraz trenerem Billem oraz jej pierwszej miłości (lub tego, co Jenny uważała za miłość) i doświadczeń seksualnych. Dla wszystkich z wyjątkiem Jennifer natychmiast staje się jasne, że kobieta – a wtedy przecież dziewczynka – padła ofiarą wykorzystania seksualnego Dla wszystkich z wyjątkiem jej samej, wciąż w szponach zaprzeczenia.        W momencie tym dotychczasowa równowaga Jennifer zwyczajnie musi lec w gruzach, a ona będzie musiała odbyć podróż – metaforyczną, rzecz jasna – w głąb siebie, własnej pamięci i własnej przeszłości, ucząc się, jak być jednocześnie silną i słabą, zmagając się z poczuciem winy, krzywdy, gniewem i nadzieją, uczuciami bliskimi każdemu, kto przetrwał to co ona.

Ciężka, szczera, hipnotyzująca – taka właśnie jest Opowieść, która zresztą, na całe szczęście, nie próbuje stać się nową Lolitą i nie romantycyzuje “związku” między dorosłym facetem i dzieckiem. Sceny przemocy, choć nie szczególnie dosłowne, są niesłychanie wstrząsające, a fakt, że film opiera się na prawdziwej historii, wcale sprawy nie ułatwia. W dalszym ciągu zachęcam Was do zmierzenia się z Opowieścią, jako, że jest to rzecz nakręcona w świeży i innowacyjny sposób, szczególnie ciekawa, jeśli interesują Was zagadnienia pamiętania traumy.

Skala Ciężkości: 8/10

Małe Życie, Hanya Yanagihara

Dobra, wiem, że czytelnicy są podzieleni – jedni wprost kochają każdą stronę powieści Yanagihary, podczas gdy inni zwyczajnie nie mogą jej znieść. Ja sama jestem skonfliktowana: Małe Życie to pozycja z pewnością warta przeczytania, choć nie mogę zagwarantować, że przedzieranie się przez nią będzie doświadczeniem przyjemnym, a Wy sami od razu pokochacie styl autorki oraz to, w jaki sposób kreuje swoje powieściowe uniwersum.

Na kolejnych stronach Małego życia podążamy tropem czwórki mężczyzn: Jude’a, Malcolma, JB i Willema. Śledzimy ich losy przez lata – przez wczesną, aż do późnej-środkowej dorosłości. Wszystko zaczyna się niewinnie, bo od naszej paczki szukającej mieszkań, pracy, chodzącej na imprezy, randki i robiącej wszelkie inne rzeczy, które prawdopodobnie robi przeciętny młody człowiek po przeprowadzce do Nowego Jorku. Wkrótce jednak w dość wstrząsający sposób przekonujemy się, że Małe życie to bynajmniej nie kolejna wersja Seksu w wielkim mieście. Stopniowo, w miarę, jak uwaga narratora coraz bardziej skupia się na postaci Jude’a, utalentowanego prawnika o tajemniczej przeszłości, odkrywamy o wiele bardziej mroczną, niepokojącą stronę powieści. Podzielone na siedem części, przeplatane nawiązaniami do przeszłych wydarzeń i niespodziewanymi zmianami narracji z trzeciej, na pierwszoosobową, Małe życie z pewnością nie jest łatwą pozycją. Osobiście zresztą uważam ją za momentami zbyt ideologicznie zaangażowaną i zwyczajnie irytującą, ale, żeby Was przypadkiem nie utorować i nie zepsuć Wam przyjemności czytania, nie powiem ani słowa więcej. Podzielcie się proszę opinią, jeśli tylko powieść Yanagihary przeczytacie lub już przeczytaliście – z chęcią omówię z kimś te części, które szczególnie nie dają mi spokoju!

Skala Ciężkości: 7/10

Patrick Melrose – Seria, Edward St Aubyn

Tragedia. Masakra. Nie pamiętam, kiedy ostatnim razem jakakolwiek książka wywołała we mnie tak silną, wręcz trzewną reakcję. Czytanie Patricka Melrose’a było jak jedzenie pralinki z nadzieniem z szerszenia. Śliczniutkie słowa jak misterna cukrowa posypka, subtelne metafory i przecudne opisy brytyjskiej arystokracji z jej wielkimi daczami, luksusem przestronnych salonów i ekstrawagancją stylu życia skrywają najbardziej toksyczną, destrukcyjną, obrzydliwą zawartość, jaką można sobie wyobrazić. Nie powiem Wam, co to dokładnie jest, ale przygotujcie się na coś bardzo, bardzo mrocznego i bardzo, bardzo ciężkiego.

Właśnie skończyłam lekturę czwartej części i zbieram siły do zabrania się za kolejną. I tak, wciąż jeszcze jestem wstrząśnięta, ale niestety Patrick Melrose to jedna z tych serii, od których człowiek wprost nie może się oderwać (choć drży na całym ciele i ma odruch wymiotny za każdym razem, gdy przerzuca stronę). Warstwa językowa wykreowana przez St Aubyna jest wprost nieziemska, a jej fabularna zawartość, zwłaszcza, gdy uświadomimy sobie, że jest to powieść częściowo autobiograficzna, zostanie z Wami na bardzo, bardzo długo.

Ale ostrzegam. Polecam tylko bardzo wytrzymałym czytelnikom.

Skala Ciężkości: 10/10

Ostre przedmioty, reż. Jean-Marc Vallee

A więc przyznaję, że widziałam jak na razie tylko jeden odcinek Ostrych przedmiotów… Ale za to książkę, na podstawie której powstał serial przeczytałam już ze trzy lata temu, podczas sielankowych greckich wakacji (jak widać moje uwielbienie dla przybijających letnich lektur nie jest żadną nowością), więc wiem, o tyle, o ile, o czym mowa! Powieść Flynn może mnie nie zachwyciła, zwłaszcza, że brakowało jej językowego bogactwa, które tak sobie cenię w literaturze, ale muszę przyznać, że ma wszystko inne, co dobry kryminał mieć powinien. Nie brakuje jej bowiem ani skomplikowanej charakterologicznie, poranionej od stóp do głów (dosłownie i w przenośni) głównej bohaterki, ani zagadkowego morderstwa, ani też mrocznego sekretu z przeszłości. Tak czy inaczej, z ekscytacją i ciekawością zasadzam się na serial – tym bardziej, że zarówno moja siostra, jak i tata, mają aktualnie obsesję na punkcie ostatniego odcinka. I, z tego co mówią, cały serial jest mroczny, inteligentny, zaskakujący i zwyczajnie bardzo, bardzo dobry.

W dodatku, żeby tego było mało, Ostre przedmioty dotykają tematów bliskich mojemu sercu także z punktu widzenia moich naukowych zainteresowań: dwóch bardzo podstawowych i silnych mechanizmów obronnych, wyparcia i zaprzeczenia, po które wszyscy czasem musimy sięgnąć… żeby przetrwać.

Skala Ciężkości: Jeszcze nie wiem, ale wynik jest prawdopodobnie wysoki!

Bloodline, Todd Kessler, Glenn Kessler and Daniel Zelman 

Ojejku, jejku. Z góry uprzedzam, że nie będę obiektywna (jakbym wcześniej była…). Zaślepia mnie bowiem świeżo rozwinięte zauroczenie (dzięki któremu to zresztą niespodziewanie odkryłam moją fascynację tatuśkowatym męskim ciałem, mniam…). Ale mniejsza o to. Bloodline to jest sztos. SZTOS, chłopcy i dziewczynki.

Fabuła opiera się na historii klanu Rayburn’ów, który tworzą Sally i Robert – właściciele pięciogwiazdkowego resortu we Florida Keys oraz czwórka ich dzieci, z których troje jest mniej lub bardziej udane, a czwarte przyjmuje rolę stereotypowej czarnej owcy. Spotkanie po latach przy okazji rodzinnej imprezy będzie stanowić dla nich zarzewie konfliktu, w którym nic nie jest tym, czym początkowo wydaje się być…

Akcja jest w Bloodline powolna – nie dostaniecie w tym serialu pościgów samochodowych albo scen erotycznych rodem z produkcji HBO… A mimo to nie pamiętam, kiedy ostatnio oglądałam serial tak emocjonujący i pełen napięcia jak ten. Dodatkowy atut stanowi niezwykła obsada – główne partie grają aktorzy, których zwykle oglądamy w rolach drugoplanowych i, słowo daję, odwalają przy tym niesamowitą robotę.

I zgodzę się, że to, z czym muszą zmierzyć się w końcu Rayburnowie, jest dość ekstremalnym przypadkiem rodzinnego dramatu (oj, uwierzcie mi), ale założę się, że ledwie po kilku odcinkach będziecie w stanie znaleźć podobieństwa między ich losami, a historią Waszej własnej rodziny. I to właśnie czyni Bloodline produkcją tak cenną – pomimo zaskakujących zwrotów akcji i ponadprzeciętnego dramatyzmu, serial opowiada bowiem o kwestiach niezwykle podstawowych i dobrze nam wszystkim znanych (no wiecie, o zaufaniu w rodzinie i o jego braku, o wszechogarniającym poczuciu winy, fałszywych wspomnieniach, kłamstwach błahych, ale toksycznych i… sprawach o moderstwo?).

Skala Ciężkości: 7/10

Szklany zamek, Jeannette Walls

Ten poruszający pamiętnik jest jak klaser pełen koszmarów – koszmarów, które Jeanette Walls i jej rodzeństwo musieli przetrwać w dzieciństwie, znajdując się pod opieką swoich wolnomyślicielskich, miłujących wolność (czyt. kompletnie nieodpowiedzialnych) rodziców,Rose Mary i Rexa. Nazwanie ich metod wychowawczych “niekonwencjonalnymi” to grube niedopowiedzenie. Czemu? Nie powiem! Ale wystarczy, żebyście wiedzieli, że w porównaniu z nimi ci wszyscy nietuzinkowi, boho-wegańscy rodzice nie szczepiący swoich dzieci i karmiący je wyłącznie spiruliną, których to czasem widuje się na YouTube, są zwyczajnymi amatorami.

Tak długo, jak Szklany Zamek był lekturą w jakiś sposób przyjemną, nie do końca podzielam opinię, że jest on książką szczególnie pocieszającą. O wiele bardziej niż opowieścią o bezwarunkowej miłości i wybaczeniu, zdaje mi się bowiem być głównie przerażającym świadectwem wczesnodziecięcych traum i krzywd. W moim odbiorze książka Walls ma jednak zupełnie inną wartość. Świadomie lub nie, autorce udaje się bowiem na jej stronach uchwycić strategię racjonalizowania, tłumaczenia i usprawiedliwiania zachowań własnych rodziców. Strategię, którą – choć większość z nas prawdopodobnie pochodzi z o wiele mniej patologicznych środowisk – każdy z nas w jakimś stopniu stosuje wkraczając w dorosłość. I w końcu strategię, która jest w moim odbiorze najczystszym przejawem tej niewinnej, naiwnej, żywej miłości, którą prawdopodobnie wszystkie dzieci żywią względem swoich rodziców – miłości, która nakazuje nam oszukiwać samych siebie i poddawać pod wątpliwość własne wspomnienia tylko (lub aż) po to, by chronić tych, których kochamy najmocniej.

Skala Ciężkości: 7/10

Uff! To by było na tyle! Dajcie koniecznie znać, co myślicie!

1 copy

Mental Illnesses are not Adjectives. Choroby Psychiczne nie są przymiotnikami.

1

“This song makes me so depressed”, “Wow, you’re so skinny now! You look anorexic!”, “I can act so bipolar sometimes!” 

We’ve all been there: conducting a spontaneous self-diagnosis during a Sunday chat with a friend or misusing a medical term while gossiping with a co-worker, to give you just the simplest examples. This very process – so when a technical or medical term is being adopted by our everyday vernacular – is very common and, obviously, not limited to the usage of mental-health related words. It’s name – determinologization – was introduced in 2000 by Ingrid Meyer and Kristen Mackintosh in 2000. Leading to the popularization of concepts that have previously been used only by professionals, it robs them of their actual depth and meaning. 

Now don’t get me wrong, I’ve done it as well and I’m not here to reprimend you. I am also far from suggesting that – when we’re doing it – we’re doing it on purpose, to insult or harm others. Apart from that, many of us think that as long as we’re not pointing our fingers at someone to call them these “names” we are not doing anyone any harm, but I beg to disagree. 

Here’s why:

1. Determinologization of mental illnesses trivializes the severity of these conditions, making them sound way less serious than they actually are, which not only shares misinformation, but can also make the ones suffering from them feel ridiculed or even prevent them from seeking help. 

2. Determinologization of mental disorders leads to stigmatization, thus it supports the stereotypes that these disorders carry. It’s important to acknowledge that people who struggle with mental health related issues are challenged doubly. On a daily basis, they have to deal with symptoms and disabilities that result from their disease. Additionally, they are challenged by social prejudice resulting from misconceptions about mental illness. And then in the end, they are robbed from so many opportunities others take for granted (like, for example, steady jobs or social affiliation). 

3. Determinologization of mental disorders discourages the ones that actually suffer from them from being open about their condition. It is changing, but the process is slow: we – as a society – are still far from being open about what’s happening to us in terms of our mental health. Unfortunately, we are also quick to use words that we do not completely understand in an inappropriate context. Very often we do not realize, however, how harmful this can be to others. Now imagine that you’re  trivializing a mental disorder in the presence of someone who actually suffers from it who has beloved ones that suffer from it. Once you hear that your condition (so something that causes you real pain) is being treated like a joke, you will probably be less likely to talk about it… Because why should you, if you feel like you’re only gonna then be ridiculed? 

4. Determinologization of mental illnesses can make it sound like the moment you get a diagnosis you literally become your ilness. But, surprise, surprise, it’s not the case. You don’t change shape or color once you get diagnosed with a mental ilness. You don’t turn into some sort of a mythical creature (wow, imagine that!). Saying that someone is something (e.g. Anorexic, Schizophrenic) is a way more definitive statement and leaves little space for hope for overcoming the condition, than saying that someone has something or suffers from something. Words – and the manner in which we use them – really do matter.

2

Conditions/Illnesses most commonly used as adjectives or “names”

Depression. “This weather makes me so depressed!”

Depression is not an extreme form of sadness. It is a mood disorder that causes multiple psychological and psychosomatic symptoms (persistent sad or “empty” mood, anxiety, severe fatigue, difficulty sleeping, suicidal thoughts and suicide attempts to name just a few). And to be diagnosed with depression, one has to suffer from these for at least two weeks. 

Some words to use instead: sad, unhappy, sorrowful, down, heavy-hearted.

Panic Attack. “I literally had a panic attack before our first date!” 

Panic attacks are symptoms of a panic disorder – an anxiety disorder characterized by the fear of losing control or the fear of disaster. They are sudden and last for at least  several minutes or longer. The fear one experiences is real, although there is no real reason to feel it. As the panic attacks can occur at any time, many people with panic disorder dread the possibility of having another attack basically anytime. So a panic attack is clearly not the same as freaking out when seeing a spider in your bed. 

Words to use instead: upset, afraid, scared, terrified. 

Trauma. “LOL, I have a real trauma after meeting his mother!”

Well, yeah, I doubt that you do. You can feel upset or unsteady, that’s for sure. But a psychological trauma is a serious emotional and psychological damage that results from experiencing (once, or for a prolonged period of time) an event so severely distressing that it exceeds one’s abilities to cope with it. It can also affect one for weeks, years, or even decades and eventually lead to long-term, irreversible negative consequences.

Words to use instead: shocked, disturbed, upset? But I don’t think there’s actually one perfect synonym for trauma in its’ whole complexity (but let me know if you have an idea!). 

Anorexic. “Jesus, look at her! She’s so anorexic!” 

Anorexia nervosa is an eating disorder that causes one to severly restrict their daily food intake. Its’ most common symptoms include extreme thinness leading to emaciation, distorted body image and low self-esteem and an intense fear of gaining weight. Although people suffering from anorexia are indeed usually worryingly thin, it is not a lifestyle choice or a form of extreme dieting, but a life-threathening disease that isbelieved to have the highest mortality rate of any mental disorder.

Words to use instead: thin, skinny, slim, lean… But why do we actually comment on others’ weight anyway?

Bipolar. “I’m not sure if I am bipolar or just PMSing!” 

A bipolar disorder (also known as a manic-depressive disorder) causes dramatic shifts in mood and energy levels, but it’s not just about indecisiveness and mood changeability.  There are two basic types of a manic-depressive disorder and multiple sub-types (sometimes occuring with psychotic symptoms like hallucinations) which makes the illness pretty difficult to diagnose. If diagnosed and treated properly, a bipolar disorder doesn’t have to prevent one from leading a healthy, productive life. It usually requires, though, a life-long medication (that comes with multiple side effects).

Words to use instead: unpredictable, erratic, uncertain, volatile. 

OCD. “Ugh, he’s so OCD about his paperwork.”

“Being OCD” is sometimes used like it’s a good thing. Because hey, it makes you all neat and orderly, right? Well, no. Obsessive Compulsive Disorder (as defined by NIMH), is “a common, chronic, long-lasting disorder in which a person has uncontrollable, reoccurring thoughts (obsessions) and behaviors (compulsions) that he or she feels the urge to repeat over and over.” So it’s not the same thing as being well organized and, just as any other ILLNESS, can cause a lot of suffering and frustration. 

Words to use instead: organized, tidy, neat, ordered. 

Schizophrenic. “He acts so weird recently! I bet he has schizophrenia or something!”

Schizophrenia is the first diagnosis that usually comes into our minds when we see someone behave in an unusual, disturbing way and in a common undestanding is a disease that comes with “weird” symptoms, such as hallucinations, delusions and disorganized body movements. These are so-called positive symptoms. On the other hand, a person suffering from schizophrenia, can also experience the negative ones, which include “flat affect” (a reduced expression of emotions), reduced speaking, feeling of pleasures and ability to begin and sustain any activities. Additionally, everyone can experience these in a different way, so gathering all of them under the same simple label is just plain incorrect.

Words to use instead: bizarre, deranged, irrational – these are probably the words we are looking for when calling someone/something schizophrenic, but remember they’re NOT synonyms for this disease’s name.

So, you’ll now ask, maybe it’s best to simply NOT TALK about these issues? 

Oh gosh, no! That’s not what I’m trying to say! I do deeply that there’s absolutely no reason to be ashamed of struggling with a mental illness or having a beloved one suffer from it.

Because just think about it: If we can (more and more) openly talk about physical diseases, why don’t we do it with mental ilnesses? These two groups, after all, can be just as serious, cause one just as much pain and suffering and even, eventually, pose a threat to one’s life. And that’s exactly why we should discuss them. As long, of course, as we’re being cautious and sensitive, having some empathy and weighing our words.

Mental health is as important as physical health

“Dostaję depresji przez tę piosenkę!”, “O kurde, ale schudłaś! Wyglądasz jak anorektyczka!”, “Czasem to ja się tak zachowuję, jakbym miała dwubiegunówkę…”.

Wszyscy mamy to na swoim koncie: przeprowadzanie spontanicznej auto-diagnozy podczas swobodnej niedzielnej rozmowy z przyjaciółką albo nieadekwatne używanie terminów medycznych przy okazji ploteczek z kolegą z pracy. Proces ten – zapożyczanie słownictwa specjalistycznego, technicznego czy medycznego i “wciąganie” go do mowy potocznej – jest przecież bardzo powszechny i bynajmniej nie tyczy się wyłącznie terminów związanych ze zdrowiem psychicznym. Zjawisko to ma zresztą swoją nazwę (zaproponowaną w 2000 roku przez Ingrid Meyer i Kristen Mackintosh): determinologizacja. Mówiąc najprościej, odnosi się ono do popularyzacji słownictwa zarezerwowanego wcześniej dla specjalistów, czyli procesu, w następstwie którego konkretne wyrazy – w tym kontekście dotyczące chorób i zaburzeń psychicznych – są używane w sposób całkowicie lub częściowo pozbawiony adekwatności, tracąc przy tym swoistą głębię i powagę.

Żebyśmy się jednak nie zrozumieli źle: nie przychodzę do Was z reprymendą, a moim celem nie jest kogokolwiek pouczać czy oświecać. Sama, jak zresztą już wcześniej wspomniałam, mam determinologizację słownictwa dotyczącego trudności psychicznych na swoim koncie.  Nie chcę też sugerować, że ktokolwiek wskakuje w pułapkę tego zjawiska celowo, szastając “wariatami” na lewo i prawo świadomie, czy po to, by kogoś obrazić lub skrzywdzić. Poza tym wielu z nas może się wydawać, że tak długo, jak nie wskazujemy kogoś palcem, otwarcie przezywając go “świrem” (czy inną “schizofreniczką”), to przecież nie robimy nikomu żadnej krzywdy. Ale pozwolę sobie się nie zgodzić.

Oto dlaczego:

1. Determinologizacja chorób psychicznych przyczynia się do ich trywializacji. Sprawia zatem, że zaburzenia psychiczne – stanowiące realny problem i, nierzadko, źródło niewyobrażalnego cierpienia – są traktowane z o wiele mniejszą powagą, niż być powinny. Tą drogą, wysyłamy osobom cierpiącym na dane zaburzenie wiadomość, z której wynika, że ich problemy nie są realne czy godne poważnego traktowania, a to zaś może powstrzymywać je przed szukaniem profesjonalnej pomocy. 

2. Determinologizacja zaburzeń i chorób psychicznych prowadzi do ich stygmatyzacji i podtrzymywania związanych z nimi stereotypów. Powinniśmy być świadomi, że osoby cierpiące na zaburzenia psychiczne w codziennym życiu muszą mierzyć się z wyzwaniami dwojakiego rodzaju – po pierwsze z tymi, które związane są z bezpośrednimi symptomami danej choroby, po drugie z tymi, które wynikają z dotyczących jej społecznych uprzedzeń. W efekcie są ograbiane z różnorakich przywilejów i możliwości (jak dostęp do stabilnej pracy czy akceptacji społecznej), które nam samym, nie-chorującym, wydają się być oczywistością. 

3. Determinologizacja chorób psychicznych może zniechęcać osoby, które faktycznie cierpią z ich powodu do otwartego mówienia o swoich problemach. Sytuacja ulega pewnej poprawie, ale jest to proces powolny: jako społeczeństwo wciąż jesteśmy daleko od otwartości w kontekście zdrowia psychicznego. Niestety jednocześnie bardzo łatwo i szybko używamy słów, których znaczenia pojmujemy w pełni, w niewłaściwym im kontekście. I nie zdajemy sobie sprawy z powagi konsekwencji, jakie zachowanie to może nieść dla innych. Wystarczy bowiem wyobrazić sobie, że w żartach stawiamy daną “diagnozę” w obecności osoby, która – o czym przecież nie musimy wiedzieć – cierpi z powodu danego zaburzenia. 

4. Determinologizacja może sprawić, że osoba chora “stanie się” swoją diagnozą. Używanie nazw chorób psychicznych jak przymiotników jest zwyczajnie niewłaściwe w kontekście poprawności językowej. A poza tym, niespodzianka, nikt nie zmienia kształtu ani koloru w chwili, w której dostaje (profesjonalną) diagnozę. Nie zmienia się także w żadnego mitycznego stwora o nieprawdopodobnym wyglądzie (och, wyobraźcie to sobie tylko!). Niestety, tak jednoznaczne i dyrektywne określanie kogoś słowem, które zresztą powinno być zarezerwowane dla wykwalifikowanych diagnostów, pozostawia mało miejsca na nadzieję na wyzdrowienie. Stwierdzenie, że ktoś kimś jest (schizofrenikiem, anorektykiem, wariatem itp.), jest przecież o wiele bardziej definitywne, niż powiedzenie, że ktoś coś ma lub cierpi z powodu czegoś. Słowa – a także sposób, w jaki ich używamy – naprawdę mają znaczenie. 

Zaburzenia/Choroby Psychiczne najczęściej stosowane jako przymiotniki lub “łatki” 

Depresja. “Ta pogoda wpędza mnie w depresję!”

Depresja nie jest ekstremalną formą smutku, ale zaburzeniem nastroju związanym z wieloma psychologicznymi i psychosomatycznymi symptomami (jak przewlekłe poczucie smutku lub pustki, lęk, chroniczne zmęczenie, trudności ze snem, myśli i/lub próby samobójcze – by wymienić tylko kilka). A aby zostać zdiagnozowanym z depresją, jednostka musi cierpieć z ich powodu przez co najmniej dwa tygodnie. 

Kilka słownych zamienników: smutny,  nieszczęśliwy, przybity, zdołowany.

Atak paniki. “Miałam totalny atak paniki przed naszą pierwszą randką!” 

Ataki paniki są objawami zaburzenia ze spektrum zaburzeń lękowych, charakteryzującego się, między innymi, silną obawą przed bliżej nieokreśloną katastrofą oraz utratą kontroli nad zdarzeniami.  Nadchodzą nagle i mogą trwać od kilku do kilkunastu minut (czasem, choć rzadko, dłużej). Pomimo braku rzeczywistej przyczyny do obaw, lęk, którego jednostka doświadcza, jest jak najbardziej prawdziwy.  Co więcej, ponieważ ataki paniki zazwyczaj nadchodzą zupełnie niespodziewanie, osoby cierpiące z ich powodu często zmagają się także z lękiem przed kolejnym epizodem. Krótko mówiąc, atak paniki to zdecydowanie nie to samo co gwałtowny strach jakiego doświadczamy, gdy w naszym łóżku, nieproszony, pojawi się wielki, wredny pająk.

Kilka słownych zamienników: zszokowany, wstrząśnięty, przestraszony, zdenerwowany, niepewny. 

Trauma. “LOL, po spotkaniu z jego matką mam prawdziwą traumę!”

No tak, dobra, cóż… Wątpię. Pewnie czujesz się wzburzony/a albo wybita z równowagi. Ale trauma psychiczna to poważne uszkodzenie natury psychicznej i emocjonalnej, wynikające z doświadczenia (lub przewlekłego doświadczania) głęboko stresujących wydarzeń, które przekraczają nasze możliwości radzenia sobie. Objawy traumy mogą nawracać przez tygodnie, a nawet lata, prowadząc do poważnych, często nieodwracalnych konsekwencji.  

Kilka słownych zamienników: zszokowany, wstrząśnięty, wzburzony, zdenerwowany. Chociaż z drugiej strony nie ma chyba dla “traumy” takiego zamiennika, który w pełni oddawałby złożoność tego słowa (ale jeśli macie jakiś pomysł – koniecznie dajcie znać!). 

Anoreksja/Anorektyczny. “Jezu, popatrz tylko na nią! Wygląda jak anorektyczka!” 

Anorexia nervosa jest chorobą ze spektrum zaburzeń odżywiania, prowadzącą do dramatycznego ograniczania przez chorego ilości spożywanych przez niego/nią pokarmów. Najczęstsze objawy obejmują ekstremalną chudość prowadzącą do wycieńczenia organizmu, zaburzenia obrazu własnego ciała, niską samoocenę i poważny lęk przed przybraniem na wadze. I choć osoby cierpiące na anoreksję zazwyczaj rzeczywiście są bardzo chude, nie wynika to z ich świadomej decyzji albo po prostu stosowania “ekstremalnej diety”. Co więcej, anoreksja  – pośród innych chorób psychicznych – wiąże się z najwyższym współczynnikiem śmiertelności. 

Kilka słownych zamienników: chudy, szczupły, smukły, wiotki… A z drugiej strony czemu w zasadzie mielibyśmy komentować czyjś wygląd lub wagę? 

Choroba maniakalno-depresyjna, zaburzenia afektywne dwubiegunowe (potocznie tzw. dwubiegunówka) “Nie wiem, czy mam PMS czy dwubiegunówkę!”

Zaburzenie maniakalno-depresyjne wiąże się z dramatycznymi wahaniami nastroju oraz poziomu codziennej aktywności i energii, ale nie sprowadza się jedynie do zmienności w samopoczuciu i nastroju. Rozróżniamy dwa podstawowe typy tego zaburzenia i co najmniej kilkanaście jego podtypów (niektóre mogą występować z objawami psychotycznymi, jak choćby halucynacje), których mnogość tylko utrudnia postawienie właściwej diagnozy. Jeśli właściwie zdiagnozowana i leczona, choroba afektywna dwubiegunowa nie musi stać na przeszkodzie do prowadzenia stabilnego, produktywnego życia. Najczęściej jednak wiąże się z koniecznością stałego przyjmowania leków (których zażywanie może nieść za sobą wiele efektów ubocznych). 

Kilka słownych zamienników: nieprzewidywalny, zmienny, niestabilny, nieobliczalny. 

Zaburzenie obsesyjno-kompulsyjne. W kontekście tych swoich papierów to on jest chyba jakiś obsesyjno-kompulsyjny…”

Często myślimy o “byciu obsesyjno-kompulsyjnym” jak o czymś dobrym, albo nawet pożądanym. Bo hej, przecież dzięki temu jesteśmy super porządni i zorganizowani, nie? No… Właśnie nie. Zaburzenie obsesyjno-kompulsyjne (w definicji NIMH), jest “powszechnym, chronicznym zaburzeniem związanym z niekontrolowanymi, nawracającymi myślami (obsesjami) i zachowaniami (kompulsjami), które chory musi powtarzać wciąż i wciąż na nowo. A więc jest tym samym dalekie od bycia “zwyczajnie zorganizowanym” i, jak każda inna CHOROBA, może powodować mnóstwo bólu i cierpienia. 

Kilka słownych zamienników: schludny, poukładany, zorganizowany. 

Schizofrenia/Schizofreniczny. “Ostatnio zachowuje się dziwnie, jak jakiś schizofrenik, czy coś!”

Schizofrenia to przeważnie pierwsza “diagnoza”, która przychodzi nam na myśl gdy widzimy, jak ktoś zachowuje się w dziwaczny, niepokojący sposób. W potocznym rozumieniu, schizofrenia wiąże się z “dziwnymi” objawami – jak halucynacje, urojenia i zdezorganizowane ruchy ciała. I faktycznie, są to tzw. pozytywne objawy schizofrenii. Z drugiej jednak strony, chory może cierpieć z powodu objawów negatywnych, które obejmują tzw. “płytki afekt” (obniżoną zdolność do odczuwania i wyrażania emocji), obniżoną zdolność komunikacji, odczuwania przyjemności oraz rozpoczynania i podtrzymywania aktywności. Dodatkowo, każdy chory może doświadczać wspomnianych objawów w odmienny sposób, a więc zawieranie ich wszystkich pod jedną tylko “łatką” jest zwyczajnie niewłaściwe. 

Kilka słownych zamienników: dziwaczny, nieracjonalny, szalony, obłąkany – pewnie te określenia mamy na myśli, gdy nazywamy kogoś “schizofrenikiem” lub określamy coś mianem “schizofrenicznego”. Pamiętajmy jednak, że nie są one synonimem dla choroby, jaką jest schizofrenia! 

Więc może, zapytacie, najlepiej byłoby gdybyśmy po prostu przestali mówić o chorobach psychicznych? O nie, absolutnie nie to miałam przez cały ten czas na myśli! Powiem więcej: jestem głęboko przekonana, że zmaganie się z chorobą psychiczną (lub posiadanie bliskiej osoby, która na taką zapadła) nie jest w żadnym razie powodem do wstydu.

Zastanówmy się bowiem: jeśli jesteśmy w stanie (coraz bardziej) otwarcie mówić o naszych fizycznych dolegliwościach i chorobach, dlaczego nie możemy robić tego w kontekście tych natury psychologicznej? Obydwie wspomniane grupy mogą nieść przecież równie poważne konsekwencje, powodować tyle samo cierpienia, a także, w końcu, nieść za sobą ryzyko śmierci. I właśnie z tej prostej przyczyny powinniśmy mówić o nich jak najwięcej. Tak długo, rzecz jasna, jeśli zachowamy przy tym powagę, delikatność i będziemy ważyć nasze słowa. 

Sources/Źródła:

Stuffed Bell Peppers. Colorful, Spicy and Vegan.

papryka21-e1533977048863.jpg

Stuffed peppers have a very long history in my family. Both of my grandmothers have been making them. My father considers himself a pro. I’ve seen them cooked, baked, stewed, steamed and boiled. Stuffed with rice, millet, buckwheat groats. Covered with bright red tomato sauce, topped with braised mushrooms or crispy fried onion. I’ve seen them overcooked, undercooked, burned.  They’ve been served for casual lunches, Sunday dinners, consumed as a snack and, if you’re my dad (who is a hardcore, old generation-eater) even for breakfast.

So yeah, what I’m trying to say here is that stuffed peppers are not a dish anymore. They’re an institution.

Which is exactly why I felt a little bit anxious when preparing them for dinner the other day… No, wait. I was actually petrified. Because with my own way of stuffing bell peppers, I’m both, a rookie and a rebel. There’s no rich sauces here. No long periods of stewing, broiling and boiling. And everything here is vegan (but you obviously can replace the vegan feta cheese with a regular one). So in the end, despite my fear of failing my guests’ expectations and betraying the family tradition, these peppers turn out to be delicious, nutritious and so easy to make. They’re very and refreshing, and the Kalamata olives combined with a bunch of different herbs give them this Mediterranean flavor, that will go wonderfully with your summery dinners.

papryczki-e1533976929226.jpg

  • 3 bell peppers (red, green, yellow or mixed), halved
  • 1 clove garlic, minced
  • 1 tablespoon extra virgin olive oil
  • 1 bag white/wholegrain rice
  • 1/2 cup pitted kalamata olives
  • 1 small sweet white onion
  • 1 medium tomato
  • 1/2 cup (vegan) feta cheese, crumbled
  • 5 sprigs fresh oregano
  • 1 cup fresh basil, chopped
  • 1 teaspoon chili flakes
  • salt and pepper to taste

papryy1

Preheat the oven to 230 degrees Celsius.

Halve the peppers, scooping out all the seeds. Toss peppers with olive oil, crushed garlic and a pinch of salt and pepper. Roast them in the oven for 20-25 minutes (till they get soft and begin to char).

Once the peppers are in the oven, bring a pot of salted water to a boil. Cook the rice accordingly to the instructions on a packaging and drain well.

Meanwhile, dice your tomato and onion. On a pan, heat up a tablespoon of olive oil and throw the onions in. When they’re soft and golden, add the tomatoes and cook for 3 more minutes.

Pit the olives and cut them into smaller pieces.

Now make the stuffing, combining onion&tomato mix with rice, olives, chili flakes and herbs.

Finally stuff the peppers, drizzle with lemon and/or lime juice and top with crushed (vegan) feta cheese. Serve warm or cold, preferably with a glass of good white wine!

papryy

stuffed bell peppers

papryyki