Thriving or just Surviving? The grey area between health and illness. Pt.1. Przetrwanie czy Prosperowanie? Szara strefa miedzy zdrowiem i choroba. Cz.1.

We are having a baby girl!

  • P stands for positive emotions – such as gratitude, inspiration, hope, curiosity love and many more;
  • E is for engagement – the feeling we get when we’re truly, genuinely engaged in a project, task or particular activity; this is when time seems to stop and we focus on nothing, but the present (and so we get a chance to experience a state of flow); 
  • R means (good) relationships – as social beings, we need relationships with others to feel safe, happy and to thrive; the more meaningful, authentic and positive relationships based on honesty and respect we have, the happier we can become;
  • M stands for meaning – the feeling we get when working for a cause that is bigger than ourselves (may it be an idea, belief, science or other things we find as particularly important);
  • A is for achievement – a feeling of accomplishing something (like reaching a specific goal, mastering a skill or simply becoming better at something);

In a very simplistic, but kind of convincing way, one may think of them as of superpowers (or Pokemons). The more you have, the stronger you become. And if you gather all of them, you become invincible. 

Or even better – you become truly happy.

The great thing is, that it’s not easier said than done. It can be done, actually (been there, believe me). And it’s fun. And there’s methods to be used in order to do it.

But let’s discuss it in the second part, shall we? Lots of love,

1

Szara strefa miedzy pelnym zdrowiem, a choroba.

Moje serce autentycznie puchnie ze szczęścia za każdym razem kiedy zauważam jakąkolwiek pozytywną zmianę w zakresie świadomości społecznej naokoło tematyki dobrostanu psychicznego. Każda nowa kampania dotykająca zagrożeń, jakie dla naszego zdrowia (czy życia) mogą nieść trudności psychiczne, przywraca mi jakąś część wiary w ludzkość. Każdy kolejny slogan stworzony po to, by zwrócić uwagę na wysokie wskaźniki depresji czy zaburzeń odżywiania występujące we współczesnym świecie, napełnia mnie szczególnym rodzajem optymizmu. A jednak jest jakieś światło w tym tunelu! Jest jakaś nadzieja! Tak, ale…

No właśnie. Zawsze musi być jakieś ale. A to dlatego, że w dyskusjach naokoło zdrowia psychicznego często pomijamy pewien bardzo istotny aspekt:

Brak choroby niekoniecznie oznacza pełne zdrowie.

I tyle. Proste? Proste.
Nie musisz być chory psychicznie, żeby być autentycznie nieszczęśliwym. Nie musisz dostać diagnozy psychologicznego zaburzenia, żeby naprawdę cierpieć. To, że nie zdradzasz określonego zestawu symptomów, bynajmniej nie oznacza, że Twoja codzienność nie jest mordęgą. A fakt, że nikt nigdy nie przepisał Ci żadnych leków, nie czyni Twojego bólu mniej prawdziwym, poważnym czy autentycznym niż ból tych, którzy uśmierzają go medykamentami.

Pomiędzy pełnią zdrowia pełnią choroby istnieje specyficzna szara strefa. Przestrzeń, do której każdy z nas może zsunąć się nagle i bez uprzedzenia. Jednego dnia bowiem możemy czuć się jeszcze normalnie, a następnego nagle przestajemy czuć się sobą, zapominając przy tym, jak to jest odczuwać przyjemność. Czy też: jak to jest w ogóle cokolwiek odczuwać. I dokładnie ten dziwaczny proces mam na myśli, gdy mówię o równi pochyłej dystymii i, potencjalnie, depresji (tej wrednej dziwki, przepraszam za wyrażenie).

Jak odroznic prosperowanie od przetrwania? 

Prosperowanie oznacza zdolność do rozwoju, zmiany i odnajdywania przyjemności i nadziei w otoczeniu, w którym funkcjonujemy. Oznacza umiejętność odnajdowania w codziennym życiu znaczenia – naszego własnego, osobistego sensu. Oznacza gotowość do nawiązywania i podtrzymywania pozytywnych, stabilnych relacji z innymi i do radzenia sobie z wyzwaniami, które stawia przed nami rzeczywistość. 

Przetrwanie to coś zupełnie innego – sprowadza się do zdolności do przeżycia kolejnego dnia i… W sumie niczego więcej. W takim “przetrwalnym” rytmie życia, zazwyczaj permanentnie zmagamy się z brakiem motywacji, zagubieniem, poczuciem, że utknęliśmy w miejscu.  Bezustannie kwestionujemy nasze życiowe wybory, w relacjach z innymi czujemy tylko brak autentyzmu, a w codziennym funkcjonowaniu skupiamy się głównie na tym, co idzie nie tak (zazwyczaj dochodząc do wniosku, że nie tak, jak powinno, idzie absolutnie wszystko, ale i tak niewiele da się z tym zrobić). Nadal jednak nie jest to tak zwana depresja w pełnym rozkwicie, a więc wielu z nas lekceważy powagę sytuacji. Budzimy się, idziemy do pracy, wracamy do domu, jemy beznadziejny obiad, oglądamy Netfliksa albo kablówkę, idziemy spać, budzimy się… “Takie jest życie”, mówimy sobie w między czasie. “Tak to już jest”. 

Z pewnością tak to już jest i było dla wielu. Wcale jednak nie znaczy to, że tak właśnie być powinno. 

Widziałam aż nazbyt wiele osób (w niektórych kontekstach sama dołączając zresztą do tego grona), godzących się na przeżywanie kolejnego dnia w tym dziwnym stanie wyblakłej bezwoli. Wmawiających sobie, że tak po prostu wygląda dorosłość. Przypadkowy dyplom. Nudne, bezcelowe randki. Korki drogowe. Długi. Podatki. Gówniany szef, gówniana dieta, gówniany seks. Gówniane nastawienie do życia i gówniane myśli. I żebyśmy się tylko dobrze zrozumieli – bynajmniej nie twierdzę, że jest coś nie w porządku z przechodzeniem w życiu gorszych okresów. Wręcz przeciwnie! Negatywne emocje są, do pewnego stopnia, zdrowe, pełniąc wiele adaptacyjnych funkcji: informują nas, że coś jest nie tak; nakazują nam wycofać się z danej sytuacji, motywują do zmiany; nieraz sprawiają, że się zatrzymujemy, zastanawiamy, odpoczywamy, zmieniamy kierunek działania. Problem pojawia się nie wówczas, gdy (okresowo) czujemy się źle. Gorzej robi się wtedy, kiedy stale czujemy się… nijak. Nic nie jest dobrze, ale wszystko jest w porządku. 

No, tylko, że wcale nie jest. 

Prosperowanie, Seligman i Psychologia Pozytywna

Przez wiele lat Psychologia jako dziedzina nauki miała wkurzającą tendencję do skupiania się wyłącznie na tym, co jest z daną jednostką nie tak. Jeśli przejawiałeś określone symptomy, byłeś uznawany za chorego. Jeśli ich nie zdradzałeś – bam, byłeś zdrowy! Voila, zero przestrzeni na stany pośrednie! Dobrzy na lewo, źli na prawo i nara. Niestety, jednocześnie otrzymanie konkretnej diagnozy – w świetle nauki i teorii – praktycznie odbierało Ci prawo do odczuwania szczęścia. Bo skoro podział jest tak prosty, to  przecież nie można być chorym i szczęśliwym, albo zdrowym i nieszczęśliwym jednocześnie, prawda?

Nieprawda. 

O tym, że istnieją stany pośrednie, dyskutuje się w Psychologii tak naprawdę od niedawna, bo mniej więcej od późnych lat 80′ ubiegłego wieku. Debata rozgorzała za sprawą – między innymi – głosu Doktora Martina Seligmana, amerykańskiego psychologa z Uniwersytetu w Princeton, który zaczął dostrzegać rolę 

Jakkolwiek bym nie chciała, by było inaczej, to nie ja stoję za wynalezieniem pojęcia prosperowania. Autorem terminu jest właśnie wspomniany wyżej doktor Seligman, który nie tylko rozpoczął dyskusję na temat znaczenia pozytywnych emocji w zdrowiu i chorobie, ale i opracował cały model o enigmatycznym tytule: PERMA – zawierający w sobie przynajmniej kilka ważnych pojęć i idei. 

  • P jak pozytywne emocje (ang. positive emotions) takie, jak wdzięczność, natchnienie, nadzieja, ciekawość, miłość i wiele innych; 
  • E dla zaangażowania (ang. engagement)uczucia, które dopada nas gdy autentycznie i w pełni poświęcimy się danemu projektowi, zadaniu lub czynności, pojawiającego się wówczas, gdy czas wydaje nam się, że czas przestał istnieć, a przestrzeń nie ma znaczenia; 
  • R jak (dobre) relacje (and. [good] relationships) jako istoty społeczne potrzebujemy związków z innymi by móc czuć się bezpiecznie, odnajdywać szczęście i w pełni cieszyć się życiem; im więcej autentycznych, znaczących i pozytywnych relacji z innymi, opartych na szczerości i wzajemnym szacunku nawiązujemy, tym szczęśliwszymi się stajemy; 
  • M dla znaczenia (ang.meaning)poczucia, że pracujemy na rzecz czegoś – wierzenia, przekonania, nauki czy innej wartościowej dla nas idei – większego od nas samych;  
  • A dla osiągnięć (ang. achievement) – które wiążą się z poczuciem, że coś nam się udało, że osiągnęliśmy określony zamiar, zrealizowaliśmy konkretny cel, albo też zwyczajnie stajemy się coraz lepsi i lepsi w danej dziedzinie;  

W dużym skrócie, ale i w dość przekonujący sposób, można by pomyśleć o powyższych konceptach jak o supermocach (albo Pokemonach). Im więcej ich masz, tym silniejszym jesteś. A jeśli zbierzesz wszystkie, staniesz się niezwyciężalny.

Albo nawet lepiej – staniesz się naprawdę szczęśliwy.

Dobra rzecz jest w tym wszystkim taka, że wcale nie łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Bo to naprawdę jest wykonalne (byłam, widziałam, słowo daję). I w dodatku może stanowić niezłą zabawę. A na domiar wszystkiego, istnieją określone metody, które można w tym celu zastosować.

Ale zostawmy to sobie na część drugą, co? Tymczasem – ściskam Was mocno!

1 copy

#basic Vegan Chocolate Chip Cookies. Banalne Wegańskie Ciasteczka z Kawałkami Czekolady.

DSC_0480

I care about my health. I care about my body. I feel my best when following a diverse, healthy diet full of plants, monounsaturated fats and natural sugars. If I snack (which I do pretty often), you’ll find me snacking on granola, nuts, dried fruit, whole grain crackers and so on. You’ll see me grabbing a piece of fruit instead of a candy or blending these frozen bananas when everyone else’s having ice cream. These healthy foods make me feel energized but light at the same time. They’re great for my digestion. And they make me happy.

But (yes, there’s always a but) some days no nuts, no raw treats and no smoothies, can replace the most comforting, most #basic treat of all times. Chocolate Chip Cookies. Soft inside, crunchy outside. Loaded with chocolate droplets and made to be devoured in less then 3 minutes. Oh, you know, the ones that remind you of your childhood days (that sweet, sweet time you didn’t really care about your diet as your metabolism was simply unstoppable). The ones you would snack on right before bed and right after brushing your teeth even though you know you shouldn’t do that. The ones that make you smile the very moment you take the first bite.

The store bought ones, though, often contain eggs, butter and cow’s milk (or other non-vegan ingredients). Not to mention that they’re usually stuffed with crazy amounts of sugar. And palm oil. And we don’t want any of that. No, no.

What we want, though, is this healthified version of chocolate chip cookies. Plant-based, palm-oil free, made with brown sugar, they taste the same (or better) and are so much better for you!

Is there anything more you could possibly need?!

Oh, I forgot. A big glass of cold, cold (plant) milk.

INGREDIENTS: 

  • 1 & 1/2 cup flour – white, spelt or (best!), half-half, (or a gluten free one!)
  • ½ cup brown sugar
  • ½ cup coconut oil, melted
  • ½ cup applesauce
  • ½ cup oat milk or your plant milk of choice (almond and soy will work best)
  • ½ teaspoon salt
  • 1 teaspoon baking powder
  • ½ cup coconut oil, melted
  • 2 teaspoons vanilla extract (optional)
  • ½ cup vegan chocolate chips or pieces of chopped vegan chocolate

Preheat the oven to approx. 180 degrees Celsius.

Prepare two separate bowls. Use one for combining all the wet ingredients (plant milk, sugar, applesauce, coconut oil and vanilla extract).

In a second bowl, mix all the dry ingredients (so flour, salt and baking powder) except for the chocolate chips.

Now combine the contents of both bowls and mix well – when the dough is smooth, throw your chocolate chunks in.

Using a spoon, scoop out portions of the dough and place onto the baking sheet. Bake for approx. 10 minutes. Allow to cool and then enjoy (preferably with a glass of cold milk & before bed)!

1

DSC_0475 Dbam o swoje zdrowie. Dbam o swoje ciało. Czuję się najlepiej stosując różnorodną, ​​zdrową dietą pełną roślin, tłuszczów jednonienasyconych i naturalnych cukrów. Jeśli sięgnę po przekąski (co robię dość często), zwykle zobaczysz mnie podgryzającą granolę, orzechy, suszone owoce, pełnoziarniste krakersy i tak dalej. Najczęściej, będąc w biegu, zamiast po cukierka sięgnę po owoc, a gdy wszyscy inni będą zajadać się lodami, ja uparcie rzucę się do blendowania mrożonych bananów. Te zdrowe produkty sprawiają, że czuję się jednocześnie lekka, jak i pełna energii. Sprzyjają mojemu trawieniu. I – jakkolwiek błaho to nie brzmi – czynią mnie szczęśliwszą. 

Ale (tak, zawsze jest jakieś ale) zdarzają się dni, że żaden orzech, żaden surowy smakołyk, żadne smoothie nie zastąpi ciasteczek z kawałkami czekolady. Tych najbardziej klasycznych, banalnych, chrupiących z zewnątrz i o cudownie miękkim wnętrzu. Najeżonych czekoladowymi drobinkami, znikających z talerza w mniej niż 3 minuty. Tych, które przywodzą na myśl czasy dzieciństwa (ten słodki, słodki czas, kiedy miałeś/łaś zawrotny metabolizm i gdzieś wszystkie te głupie diety). Tych, które można przekąsić tuż przed snem i to zaraz po umyciu zębów, nawet jeśli aż za dobrze się wie, że tak nie wypada. Tych, które sprawiają, że uśmiechasz się dokładnie w momencie, gdy przełkniesz pierwszy kęs.

Niestety, ciasteczka kupione w sklepie często zawierają jajka, masło i mleko krowie (lub inne niewegańskie składniki). Nie wspominając już o tym, że zwykle są wypchane szalonymi ilościami cukru. I oleju palmowego. A tego nie chcemy. Oj, nie, nie.

Czego więc chcemy? No jak to! Ich zdrowszej wersji. Opartej na produktach roślinnych, wolnej od oleju palmowego, opartej na brązowym cukrze. Te z przepisu smakują tak samo (lub lepiej) niż kupne, a są o wiele lepsze dla zdrowia. 

No serio, można chcieć czegoś więcej?

(Dobra, można. Dużej szklanki zimnego roślinnego mleka.

SKŁADNIKI: 

  • 1 i 1/2 szklanki mąki – białej, orkiszowej lub (najlepiej) pół na pół (ewentualnie i bezglutenowej!)
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1/2 szklanki oleju kokosowego, roztopionego
  • 1/2 szklanki brązowego cukru
  • 2 łyżeczki ekstraktu waniliowego
  • 1/2 szklanki mleka owsianego lub innego mleka roślinnego (najlepiej migdałowego lub sojowego)
  • 1/2 szklanki musu jabłkowego
  • 1/2 szklanki wegańskich chocolate chips albo posiekanej wegańskiej czekolady
  • Rozgrzej piekarnik do 180 stopni Celsjusza.

Przygotuj dwie oddzielne miski.

W jednej połącz wszystkie mokre składniki (mleko roślinne, cukier, mus jabłkowy, olej kokosowy i ekstrakt waniliowy).

W drugiej misce wymieszaj składniki suche (a więc mąkę, sól i proszek do pieczenia) oprócz kawałków czekolady.

Teraz połącz zawartość obydwu misek i dokładnie wymieszaj – gdy ciasto będzie gładkie, dorzuć chocolate chips. 

Nabieraj kolejne porcje ciasta i układaj na blasze do pieczenia w równych odstępach. Piec przez ok. 10 minut. Pozostaw do ostygnięcia, a następnie pałaszuj, najlepiej ze szklanką zimnego mleka, tuż przed snem!

 

1 copy

Mental Illnesses are not Adjectives. Choroby Psychiczne nie są przymiotnikami.

1

“This song makes me so depressed”, “Wow, you’re so skinny now! You look anorexic!”, “I can act so bipolar sometimes!” 

We’ve all been there: conducting a spontaneous self-diagnosis during a Sunday chat with a friend or misusing a medical term while gossiping with a co-worker, to give you just the simplest examples. This very process – so when a technical or medical term is being adopted by our everyday vernacular – is very common and, obviously, not limited to the usage of mental-health related words. It’s name – determinologization – was introduced in 2000 by Ingrid Meyer and Kristen Mackintosh in 2000. Leading to the popularization of concepts that have previously been used only by professionals, it robs them of their actual depth and meaning. 

Now don’t get me wrong, I’ve done it as well and I’m not here to reprimend you. I am also far from suggesting that – when we’re doing it – we’re doing it on purpose, to insult or harm others. Apart from that, many of us think that as long as we’re not pointing our fingers at someone to call them these “names” we are not doing anyone any harm, but I beg to disagree. 

Here’s why:

1. Determinologization of mental illnesses trivializes the severity of these conditions, making them sound way less serious than they actually are, which not only shares misinformation, but can also make the ones suffering from them feel ridiculed or even prevent them from seeking help. 

2. Determinologization of mental disorders leads to stigmatization, thus it supports the stereotypes that these disorders carry. It’s important to acknowledge that people who struggle with mental health related issues are challenged doubly. On a daily basis, they have to deal with symptoms and disabilities that result from their disease. Additionally, they are challenged by social prejudice resulting from misconceptions about mental illness. And then in the end, they are robbed from so many opportunities others take for granted (like, for example, steady jobs or social affiliation). 

3. Determinologization of mental disorders discourages the ones that actually suffer from them from being open about their condition. It is changing, but the process is slow: we – as a society – are still far from being open about what’s happening to us in terms of our mental health. Unfortunately, we are also quick to use words that we do not completely understand in an inappropriate context. Very often we do not realize, however, how harmful this can be to others. Now imagine that you’re  trivializing a mental disorder in the presence of someone who actually suffers from it who has beloved ones that suffer from it. Once you hear that your condition (so something that causes you real pain) is being treated like a joke, you will probably be less likely to talk about it… Because why should you, if you feel like you’re only gonna then be ridiculed? 

4. Determinologization of mental illnesses can make it sound like the moment you get a diagnosis you literally become your ilness. But, surprise, surprise, it’s not the case. You don’t change shape or color once you get diagnosed with a mental ilness. You don’t turn into some sort of a mythical creature (wow, imagine that!). Saying that someone is something (e.g. Anorexic, Schizophrenic) is a way more definitive statement and leaves little space for hope for overcoming the condition, than saying that someone has something or suffers from something. Words – and the manner in which we use them – really do matter.

2

Conditions/Illnesses most commonly used as adjectives or “names”

Depression. “This weather makes me so depressed!”

Depression is not an extreme form of sadness. It is a mood disorder that causes multiple psychological and psychosomatic symptoms (persistent sad or “empty” mood, anxiety, severe fatigue, difficulty sleeping, suicidal thoughts and suicide attempts to name just a few). And to be diagnosed with depression, one has to suffer from these for at least two weeks. 

Some words to use instead: sad, unhappy, sorrowful, down, heavy-hearted.

Panic Attack. “I literally had a panic attack before our first date!” 

Panic attacks are symptoms of a panic disorder – an anxiety disorder characterized by the fear of losing control or the fear of disaster. They are sudden and last for at least  several minutes or longer. The fear one experiences is real, although there is no real reason to feel it. As the panic attacks can occur at any time, many people with panic disorder dread the possibility of having another attack basically anytime. So a panic attack is clearly not the same as freaking out when seeing a spider in your bed. 

Words to use instead: upset, afraid, scared, terrified. 

Trauma. “LOL, I have a real trauma after meeting his mother!”

Well, yeah, I doubt that you do. You can feel upset or unsteady, that’s for sure. But a psychological trauma is a serious emotional and psychological damage that results from experiencing (once, or for a prolonged period of time) an event so severely distressing that it exceeds one’s abilities to cope with it. It can also affect one for weeks, years, or even decades and eventually lead to long-term, irreversible negative consequences.

Words to use instead: shocked, disturbed, upset? But I don’t think there’s actually one perfect synonym for trauma in its’ whole complexity (but let me know if you have an idea!). 

Anorexic. “Jesus, look at her! She’s so anorexic!” 

Anorexia nervosa is an eating disorder that causes one to severly restrict their daily food intake. Its’ most common symptoms include extreme thinness leading to emaciation, distorted body image and low self-esteem and an intense fear of gaining weight. Although people suffering from anorexia are indeed usually worryingly thin, it is not a lifestyle choice or a form of extreme dieting, but a life-threathening disease that isbelieved to have the highest mortality rate of any mental disorder.

Words to use instead: thin, skinny, slim, lean… But why do we actually comment on others’ weight anyway?

Bipolar. “I’m not sure if I am bipolar or just PMSing!” 

A bipolar disorder (also known as a manic-depressive disorder) causes dramatic shifts in mood and energy levels, but it’s not just about indecisiveness and mood changeability.  There are two basic types of a manic-depressive disorder and multiple sub-types (sometimes occuring with psychotic symptoms like hallucinations) which makes the illness pretty difficult to diagnose. If diagnosed and treated properly, a bipolar disorder doesn’t have to prevent one from leading a healthy, productive life. It usually requires, though, a life-long medication (that comes with multiple side effects).

Words to use instead: unpredictable, erratic, uncertain, volatile. 

OCD. “Ugh, he’s so OCD about his paperwork.”

“Being OCD” is sometimes used like it’s a good thing. Because hey, it makes you all neat and orderly, right? Well, no. Obsessive Compulsive Disorder (as defined by NIMH), is “a common, chronic, long-lasting disorder in which a person has uncontrollable, reoccurring thoughts (obsessions) and behaviors (compulsions) that he or she feels the urge to repeat over and over.” So it’s not the same thing as being well organized and, just as any other ILLNESS, can cause a lot of suffering and frustration. 

Words to use instead: organized, tidy, neat, ordered. 

Schizophrenic. “He acts so weird recently! I bet he has schizophrenia or something!”

Schizophrenia is the first diagnosis that usually comes into our minds when we see someone behave in an unusual, disturbing way and in a common undestanding is a disease that comes with “weird” symptoms, such as hallucinations, delusions and disorganized body movements. These are so-called positive symptoms. On the other hand, a person suffering from schizophrenia, can also experience the negative ones, which include “flat affect” (a reduced expression of emotions), reduced speaking, feeling of pleasures and ability to begin and sustain any activities. Additionally, everyone can experience these in a different way, so gathering all of them under the same simple label is just plain incorrect.

Words to use instead: bizarre, deranged, irrational – these are probably the words we are looking for when calling someone/something schizophrenic, but remember they’re NOT synonyms for this disease’s name.

So, you’ll now ask, maybe it’s best to simply NOT TALK about these issues? 

Oh gosh, no! That’s not what I’m trying to say! I do deeply that there’s absolutely no reason to be ashamed of struggling with a mental illness or having a beloved one suffer from it.

Because just think about it: If we can (more and more) openly talk about physical diseases, why don’t we do it with mental ilnesses? These two groups, after all, can be just as serious, cause one just as much pain and suffering and even, eventually, pose a threat to one’s life. And that’s exactly why we should discuss them. As long, of course, as we’re being cautious and sensitive, having some empathy and weighing our words.

Mental health is as important as physical health

“Dostaję depresji przez tę piosenkę!”, “O kurde, ale schudłaś! Wyglądasz jak anorektyczka!”, “Czasem to ja się tak zachowuję, jakbym miała dwubiegunówkę…”.

Wszyscy mamy to na swoim koncie: przeprowadzanie spontanicznej auto-diagnozy podczas swobodnej niedzielnej rozmowy z przyjaciółką albo nieadekwatne używanie terminów medycznych przy okazji ploteczek z kolegą z pracy. Proces ten – zapożyczanie słownictwa specjalistycznego, technicznego czy medycznego i “wciąganie” go do mowy potocznej – jest przecież bardzo powszechny i bynajmniej nie tyczy się wyłącznie terminów związanych ze zdrowiem psychicznym. Zjawisko to ma zresztą swoją nazwę (zaproponowaną w 2000 roku przez Ingrid Meyer i Kristen Mackintosh): determinologizacja. Mówiąc najprościej, odnosi się ono do popularyzacji słownictwa zarezerwowanego wcześniej dla specjalistów, czyli procesu, w następstwie którego konkretne wyrazy – w tym kontekście dotyczące chorób i zaburzeń psychicznych – są używane w sposób całkowicie lub częściowo pozbawiony adekwatności, tracąc przy tym swoistą głębię i powagę.

Żebyśmy się jednak nie zrozumieli źle: nie przychodzę do Was z reprymendą, a moim celem nie jest kogokolwiek pouczać czy oświecać. Sama, jak zresztą już wcześniej wspomniałam, mam determinologizację słownictwa dotyczącego trudności psychicznych na swoim koncie.  Nie chcę też sugerować, że ktokolwiek wskakuje w pułapkę tego zjawiska celowo, szastając “wariatami” na lewo i prawo świadomie, czy po to, by kogoś obrazić lub skrzywdzić. Poza tym wielu z nas może się wydawać, że tak długo, jak nie wskazujemy kogoś palcem, otwarcie przezywając go “świrem” (czy inną “schizofreniczką”), to przecież nie robimy nikomu żadnej krzywdy. Ale pozwolę sobie się nie zgodzić.

Oto dlaczego:

1. Determinologizacja chorób psychicznych przyczynia się do ich trywializacji. Sprawia zatem, że zaburzenia psychiczne – stanowiące realny problem i, nierzadko, źródło niewyobrażalnego cierpienia – są traktowane z o wiele mniejszą powagą, niż być powinny. Tą drogą, wysyłamy osobom cierpiącym na dane zaburzenie wiadomość, z której wynika, że ich problemy nie są realne czy godne poważnego traktowania, a to zaś może powstrzymywać je przed szukaniem profesjonalnej pomocy. 

2. Determinologizacja zaburzeń i chorób psychicznych prowadzi do ich stygmatyzacji i podtrzymywania związanych z nimi stereotypów. Powinniśmy być świadomi, że osoby cierpiące na zaburzenia psychiczne w codziennym życiu muszą mierzyć się z wyzwaniami dwojakiego rodzaju – po pierwsze z tymi, które związane są z bezpośrednimi symptomami danej choroby, po drugie z tymi, które wynikają z dotyczących jej społecznych uprzedzeń. W efekcie są ograbiane z różnorakich przywilejów i możliwości (jak dostęp do stabilnej pracy czy akceptacji społecznej), które nam samym, nie-chorującym, wydają się być oczywistością. 

3. Determinologizacja chorób psychicznych może zniechęcać osoby, które faktycznie cierpią z ich powodu do otwartego mówienia o swoich problemach. Sytuacja ulega pewnej poprawie, ale jest to proces powolny: jako społeczeństwo wciąż jesteśmy daleko od otwartości w kontekście zdrowia psychicznego. Niestety jednocześnie bardzo łatwo i szybko używamy słów, których znaczenia pojmujemy w pełni, w niewłaściwym im kontekście. I nie zdajemy sobie sprawy z powagi konsekwencji, jakie zachowanie to może nieść dla innych. Wystarczy bowiem wyobrazić sobie, że w żartach stawiamy daną “diagnozę” w obecności osoby, która – o czym przecież nie musimy wiedzieć – cierpi z powodu danego zaburzenia. 

4. Determinologizacja może sprawić, że osoba chora “stanie się” swoją diagnozą. Używanie nazw chorób psychicznych jak przymiotników jest zwyczajnie niewłaściwe w kontekście poprawności językowej. A poza tym, niespodzianka, nikt nie zmienia kształtu ani koloru w chwili, w której dostaje (profesjonalną) diagnozę. Nie zmienia się także w żadnego mitycznego stwora o nieprawdopodobnym wyglądzie (och, wyobraźcie to sobie tylko!). Niestety, tak jednoznaczne i dyrektywne określanie kogoś słowem, które zresztą powinno być zarezerwowane dla wykwalifikowanych diagnostów, pozostawia mało miejsca na nadzieję na wyzdrowienie. Stwierdzenie, że ktoś kimś jest (schizofrenikiem, anorektykiem, wariatem itp.), jest przecież o wiele bardziej definitywne, niż powiedzenie, że ktoś coś ma lub cierpi z powodu czegoś. Słowa – a także sposób, w jaki ich używamy – naprawdę mają znaczenie. 

Zaburzenia/Choroby Psychiczne najczęściej stosowane jako przymiotniki lub “łatki” 

Depresja. “Ta pogoda wpędza mnie w depresję!”

Depresja nie jest ekstremalną formą smutku, ale zaburzeniem nastroju związanym z wieloma psychologicznymi i psychosomatycznymi symptomami (jak przewlekłe poczucie smutku lub pustki, lęk, chroniczne zmęczenie, trudności ze snem, myśli i/lub próby samobójcze – by wymienić tylko kilka). A aby zostać zdiagnozowanym z depresją, jednostka musi cierpieć z ich powodu przez co najmniej dwa tygodnie. 

Kilka słownych zamienników: smutny,  nieszczęśliwy, przybity, zdołowany.

Atak paniki. “Miałam totalny atak paniki przed naszą pierwszą randką!” 

Ataki paniki są objawami zaburzenia ze spektrum zaburzeń lękowych, charakteryzującego się, między innymi, silną obawą przed bliżej nieokreśloną katastrofą oraz utratą kontroli nad zdarzeniami.  Nadchodzą nagle i mogą trwać od kilku do kilkunastu minut (czasem, choć rzadko, dłużej). Pomimo braku rzeczywistej przyczyny do obaw, lęk, którego jednostka doświadcza, jest jak najbardziej prawdziwy.  Co więcej, ponieważ ataki paniki zazwyczaj nadchodzą zupełnie niespodziewanie, osoby cierpiące z ich powodu często zmagają się także z lękiem przed kolejnym epizodem. Krótko mówiąc, atak paniki to zdecydowanie nie to samo co gwałtowny strach jakiego doświadczamy, gdy w naszym łóżku, nieproszony, pojawi się wielki, wredny pająk.

Kilka słownych zamienników: zszokowany, wstrząśnięty, przestraszony, zdenerwowany, niepewny. 

Trauma. “LOL, po spotkaniu z jego matką mam prawdziwą traumę!”

No tak, dobra, cóż… Wątpię. Pewnie czujesz się wzburzony/a albo wybita z równowagi. Ale trauma psychiczna to poważne uszkodzenie natury psychicznej i emocjonalnej, wynikające z doświadczenia (lub przewlekłego doświadczania) głęboko stresujących wydarzeń, które przekraczają nasze możliwości radzenia sobie. Objawy traumy mogą nawracać przez tygodnie, a nawet lata, prowadząc do poważnych, często nieodwracalnych konsekwencji.  

Kilka słownych zamienników: zszokowany, wstrząśnięty, wzburzony, zdenerwowany. Chociaż z drugiej strony nie ma chyba dla “traumy” takiego zamiennika, który w pełni oddawałby złożoność tego słowa (ale jeśli macie jakiś pomysł – koniecznie dajcie znać!). 

Anoreksja/Anorektyczny. “Jezu, popatrz tylko na nią! Wygląda jak anorektyczka!” 

Anorexia nervosa jest chorobą ze spektrum zaburzeń odżywiania, prowadzącą do dramatycznego ograniczania przez chorego ilości spożywanych przez niego/nią pokarmów. Najczęstsze objawy obejmują ekstremalną chudość prowadzącą do wycieńczenia organizmu, zaburzenia obrazu własnego ciała, niską samoocenę i poważny lęk przed przybraniem na wadze. I choć osoby cierpiące na anoreksję zazwyczaj rzeczywiście są bardzo chude, nie wynika to z ich świadomej decyzji albo po prostu stosowania “ekstremalnej diety”. Co więcej, anoreksja  – pośród innych chorób psychicznych – wiąże się z najwyższym współczynnikiem śmiertelności. 

Kilka słownych zamienników: chudy, szczupły, smukły, wiotki… A z drugiej strony czemu w zasadzie mielibyśmy komentować czyjś wygląd lub wagę? 

Choroba maniakalno-depresyjna, zaburzenia afektywne dwubiegunowe (potocznie tzw. dwubiegunówka) “Nie wiem, czy mam PMS czy dwubiegunówkę!”

Zaburzenie maniakalno-depresyjne wiąże się z dramatycznymi wahaniami nastroju oraz poziomu codziennej aktywności i energii, ale nie sprowadza się jedynie do zmienności w samopoczuciu i nastroju. Rozróżniamy dwa podstawowe typy tego zaburzenia i co najmniej kilkanaście jego podtypów (niektóre mogą występować z objawami psychotycznymi, jak choćby halucynacje), których mnogość tylko utrudnia postawienie właściwej diagnozy. Jeśli właściwie zdiagnozowana i leczona, choroba afektywna dwubiegunowa nie musi stać na przeszkodzie do prowadzenia stabilnego, produktywnego życia. Najczęściej jednak wiąże się z koniecznością stałego przyjmowania leków (których zażywanie może nieść za sobą wiele efektów ubocznych). 

Kilka słownych zamienników: nieprzewidywalny, zmienny, niestabilny, nieobliczalny. 

Zaburzenie obsesyjno-kompulsyjne. W kontekście tych swoich papierów to on jest chyba jakiś obsesyjno-kompulsyjny…”

Często myślimy o “byciu obsesyjno-kompulsyjnym” jak o czymś dobrym, albo nawet pożądanym. Bo hej, przecież dzięki temu jesteśmy super porządni i zorganizowani, nie? No… Właśnie nie. Zaburzenie obsesyjno-kompulsyjne (w definicji NIMH), jest “powszechnym, chronicznym zaburzeniem związanym z niekontrolowanymi, nawracającymi myślami (obsesjami) i zachowaniami (kompulsjami), które chory musi powtarzać wciąż i wciąż na nowo. A więc jest tym samym dalekie od bycia “zwyczajnie zorganizowanym” i, jak każda inna CHOROBA, może powodować mnóstwo bólu i cierpienia. 

Kilka słownych zamienników: schludny, poukładany, zorganizowany. 

Schizofrenia/Schizofreniczny. “Ostatnio zachowuje się dziwnie, jak jakiś schizofrenik, czy coś!”

Schizofrenia to przeważnie pierwsza “diagnoza”, która przychodzi nam na myśl gdy widzimy, jak ktoś zachowuje się w dziwaczny, niepokojący sposób. W potocznym rozumieniu, schizofrenia wiąże się z “dziwnymi” objawami – jak halucynacje, urojenia i zdezorganizowane ruchy ciała. I faktycznie, są to tzw. pozytywne objawy schizofrenii. Z drugiej jednak strony, chory może cierpieć z powodu objawów negatywnych, które obejmują tzw. “płytki afekt” (obniżoną zdolność do odczuwania i wyrażania emocji), obniżoną zdolność komunikacji, odczuwania przyjemności oraz rozpoczynania i podtrzymywania aktywności. Dodatkowo, każdy chory może doświadczać wspomnianych objawów w odmienny sposób, a więc zawieranie ich wszystkich pod jedną tylko “łatką” jest zwyczajnie niewłaściwe. 

Kilka słownych zamienników: dziwaczny, nieracjonalny, szalony, obłąkany – pewnie te określenia mamy na myśli, gdy nazywamy kogoś “schizofrenikiem” lub określamy coś mianem “schizofrenicznego”. Pamiętajmy jednak, że nie są one synonimem dla choroby, jaką jest schizofrenia! 

Więc może, zapytacie, najlepiej byłoby gdybyśmy po prostu przestali mówić o chorobach psychicznych? O nie, absolutnie nie to miałam przez cały ten czas na myśli! Powiem więcej: jestem głęboko przekonana, że zmaganie się z chorobą psychiczną (lub posiadanie bliskiej osoby, która na taką zapadła) nie jest w żadnym razie powodem do wstydu.

Zastanówmy się bowiem: jeśli jesteśmy w stanie (coraz bardziej) otwarcie mówić o naszych fizycznych dolegliwościach i chorobach, dlaczego nie możemy robić tego w kontekście tych natury psychologicznej? Obydwie wspomniane grupy mogą nieść przecież równie poważne konsekwencje, powodować tyle samo cierpienia, a także, w końcu, nieść za sobą ryzyko śmierci. I właśnie z tej prostej przyczyny powinniśmy mówić o nich jak najwięcej. Tak długo, rzecz jasna, jeśli zachowamy przy tym powagę, delikatność i będziemy ważyć nasze słowa. 

Sources/Źródła:

Stuffed Bell Peppers. Colorful, Spicy and Vegan.

papryka21-e1533977048863.jpg

Stuffed peppers have a very long history in my family. Both of my grandmothers have been making them. My father considers himself a pro. I’ve seen them cooked, baked, stewed, steamed and boiled. Stuffed with rice, millet, buckwheat groats. Covered with bright red tomato sauce, topped with braised mushrooms or crispy fried onion. I’ve seen them overcooked, undercooked, burned.  They’ve been served for casual lunches, Sunday dinners, consumed as a snack and, if you’re my dad (who is a hardcore, old generation-eater) even for breakfast.

So yeah, what I’m trying to say here is that stuffed peppers are not a dish anymore. They’re an institution.

Which is exactly why I felt a little bit anxious when preparing them for dinner the other day… No, wait. I was actually petrified. Because with my own way of stuffing bell peppers, I’m both, a rookie and a rebel. There’s no rich sauces here. No long periods of stewing, broiling and boiling. And everything here is vegan (but you obviously can replace the vegan feta cheese with a regular one). So in the end, despite my fear of failing my guests’ expectations and betraying the family tradition, these peppers turn out to be delicious, nutritious and so easy to make. They’re very and refreshing, and the Kalamata olives combined with a bunch of different herbs give them this Mediterranean flavor, that will go wonderfully with your summery dinners.

papryczki-e1533976929226.jpg

  • 3 bell peppers (red, green, yellow or mixed), halved
  • 1 clove garlic, minced
  • 1 tablespoon extra virgin olive oil
  • 1 bag white/wholegrain rice
  • 1/2 cup pitted kalamata olives
  • 1 small sweet white onion
  • 1 medium tomato
  • 1/2 cup (vegan) feta cheese, crumbled
  • 5 sprigs fresh oregano
  • 1 cup fresh basil, chopped
  • 1 teaspoon chili flakes
  • salt and pepper to taste

papryy1

Preheat the oven to 230 degrees Celsius.

Halve the peppers, scooping out all the seeds. Toss peppers with olive oil, crushed garlic and a pinch of salt and pepper. Roast them in the oven for 20-25 minutes (till they get soft and begin to char).

Once the peppers are in the oven, bring a pot of salted water to a boil. Cook the rice accordingly to the instructions on a packaging and drain well.

Meanwhile, dice your tomato and onion. On a pan, heat up a tablespoon of olive oil and throw the onions in. When they’re soft and golden, add the tomatoes and cook for 3 more minutes.

Pit the olives and cut them into smaller pieces.

Now make the stuffing, combining onion&tomato mix with rice, olives, chili flakes and herbs.

Finally stuff the peppers, drizzle with lemon and/or lime juice and top with crushed (vegan) feta cheese. Serve warm or cold, preferably with a glass of good white wine!

papryy

stuffed bell peppers

papryyki

Pecan Salted Caramel Bars / Pekanowe batoniki ze słonym karmelem.

36383510_10213273173238871_492488691353124864_n

Hey, you know what?

I do have a problem with healthy, organic, vegan and whatnot sweets. Pale “energy balls” that only leave you craving something twice as sweet and totally unhealthy. Paleo cookies that taste like cardboard. “Skinny” bars that taste like nothing. So that’s why I’m extremely careful when it comes to making healthy desserts. I mean… I’m almost 26, I’ve had enough disappointments, so there’s no voluntarily asking for more, right?

But, but, but… This recipe is not one of them. Yes, it seems kinda complicated. Yes, it is quite pricey (still way cheaper than the store-bought fit bars!). Yes, it’s sometimes annoying that you have to store them in the refrigerator (but I doubt they’re gonna stay there for long).  But Sweet Lord, these are truly THE BOMB. Full of flavor, super satisfying and also good for your body (even if they don’t taste like it – you know what I mean). Just make them. Make them. You will not regret it. You will actually even thank me.

INGREDIENTS 

The Bottom Layer

  • 2 cups/ of almond flour (so basically ground almonds)
  • 1 cup of raw oats
  • 1/2 cup of nuts of choice, roasted or raw (and a few more, crushed, for topping)
  • 3 tablespoons of agave syrup
  • 2-3 tablespoons of coconut oil, melted (but not hot!)
  • 1 tbs of smooth peanut butter
  • a pinch of salt

Throw nuts into a blender and pulse for around 5 seconds. Set aside, and now blend oats until they turn into oat flour (so for around 30 – 60 seconds depending on the oats you’re using). Combine everything, using approximately 3/4 of crushed nuts (leaving the rest for topping). Once you’re done, the mix should be quite sticky (so add a bit more syrup if needed!).

The Caramel-y Layer 

  • 2 cups (around 350 grams) Medjool dates (pitted, obviously)
  • 1 tablespoon of coconut oil
  • 1/2 cup plant milk of choice (cashew milk in my case)
  • a pinch of cinnamon
  • 1/4 teaspoon (or more!) of salt

Remove pits from the Medjool dates (you can easily use a different kind of dates, but the big, soft ones work perfectly in this recipe!) and soak them in hot water for approx. 5 minutes. Once they’re soft and kind of gooey, throw them into a blender with the rest of ingredients and blend until they form a sticky, smooth paste. I recommend to add liquid gradually – you don’t want the stuff to get too runny!

 

Line a square or rectangular baking form with parchment paper (or aluminium foil). Spread the bottom layer onto the baking paper and press down – make sure it sticks together quite well. Now cover it evenly with the “caramel”, top with crushed nuts and refrigerate for 3 hours.

‘Chocolate’ Coating

  • 4 tablespoons of melted coconut oil
  • 6 tablespoons of cocoa powder
  • 3 tablespoons of agave syrup

Melt the coconut oil, but don’t let it get too hot (or, even worse, boiling!). Add cocoa powder and agave syrup and stir vigorously until there are no lumps in the mixture.

Remove the layered, crusty-caramel-y mix from the fridge and cut into bars. Then pour the chocolate coating over each and every bar and refrigerate for 30-45 minutes more. And voila, you’re good to go!

The caramel never freezes completely, so they’re ready to be eaten within seconds! Enjoy!

36389047_10213273173558879_5984700656806526976_n

Hej, wiecie co?

Mam problem ze zdrowymi, organicznymi, wegańskimi i Bóg-jeden-wie-jakimi-jeszcze słodyczami. Bladymi “kulkami mocy”, po których człowiek chce tylko wbić zęby w coś dwa razy słodszego i totalnie niezdrowego. Paleo-ciasteczkami o smaku tektury. “Odchudzonymi” batonikami, które smakują jak… nic konkretnego. Dlatego też jestem bardzo ostrożna w kontekście przygotowywania “zdrowych deserów”. Hej, mam prawie 26 lat – zaliczyłam wystarczająca liczbę rozczarowań, by ich sobie teraz dobrowolnie dokładać!

Ale, ale, ale… Ten przepis do nich nie należy. Tak, wygląda na skomplikowany. Tak, batoniki są dość drogie w wykonaniu (choć i tak o wiele tańsze niż te, które kupicie w sklepach). Tak, to, że trzeba je przechowywać w zamrażarce bywa upierdliwe (choć wątpię, że długo tam posiedzą…). Ale, Słodki Panie, to jest naprawdę kulinarny hit. Pełen smaku, super sycący i dobry dla naszego organizmu (chociaż wcale nie czuć tego w smaku – wiecie, o co mi chodzi!). No, ale dobra. Zróbcie je. Po prostu je zróbcie. Nie pożałujecie. A w zasadzie wrócicie, by mi podziękować.

SKŁADNIKI

Spód

  • 1 szklanki mąki migdałowej (czyli zmielonych migdałów)
  • 1 szklanka płatków owsianych
  • 1/2 szklanki “surowych” albo prażonych orzechów (i trochę więcej posiekanych do posypania po wierzchu!)
  • 3 łyżki stołowe syropu z agawy
  • 2-3 łyżki stołowe roztopionego (ale nie gorącego!) oleju kokosowego
  • 1 łyżka stołowa kremowego masła orzechowego
  • szczypta soli

Wrzuć orzechy do blendera i siekaj przez 5 sekund. Odstaw na bok i zblenduj płatki owsiane aż otrzymasz coś na kształt owsianej mąki (czyli przez jakieś 30-60 sekund w zależności od rodzaju płatków). Ręką lub łyżką, wymieszaj wszystkie składniki, wykorzystując około 3/4 orzechów (resztę zostaw do posypania) – gdy skończysz, masa powinna być dość zbita i klejąca (w razie potrzeby dodaj trochę więcej syropu z agawy!).

Karmelowa Warstwa

  • 2 szklanki (około 350 g) daktyli Medjool, pozbawionych pestek
  • 1 łyżka stołowa oleju kokosowego
  • 1/2 szklanki mleka roślinnego (w moim przypadku – z nerkowców)
  • szczypta cynamonu
  • 1/4 łyżeczki soli (lub trochę więcej!)

Usuń pestki z daktyli (możesz użyć innych, niż Medjool, ale te – duże i miękkie – rewelacyjnie sprawdzają się w tym przepisie). Mocz daktyle w gorącej wodzie przez około 5 minut, aż staną się miękkie i kleiste. Następnie wrzuć je do blendera z całą resztą składników i blenduj, aż powstanie gładka pasta. Uwaga, polecam dodawać mleko stopniowo – nie chcemy by masa stała się zbyt płynna!

Teraz wyłóż prostokątną lub kwadratową foremkę papierem do pieczenia (albo folią aluminiową) i rozłóż na niej masę na spód. Dokładnie wciskaj masę, upewniając się, że jest odpowiednio zbita. Potem pokryj ją równo “karmelem”, posyp resztką orzechów i wrzuć do zamrażarki na 3 godziny.

Polewa “Czekoladowa”

  • 4 łyżki stołowe roztopionego oleju kokosowego
  • 6 łyżek stołowych kakao
  • 3 łyżki stołowe syropu z agawy

Rozpuść olej kokosowy, ale nie pozwól, by się zagotował. Dodaj kakao i syrop z agawy i mieszaj (żwawo, żwawo!), aż pozbędziesz się wszelkich grudek.

Wyciągnij karmelowy spód z lodówki i pokrój na batoniki. Potem polej każdy batonik czekoladową masą i wrzuć do zamrażarki na kolejne 30-45 minut. I voila, wszystko gotowe!

Karmel nigdy kompletnie nie zamarza, więc batoniki są gotowe do jedzenia dosłownie w sekundę od wyjęcia z zamrażarki! Smacznego!

36337544_10213273173438876_8319403814729809920_n

Snack Attack Part 1 / Napad przegryzania Część 1

Read more at www.reallygreatsite.com (1).png

Hey! You know what?

It is that time of the year pretty much all over Europe… EXAM TIME, MY LOVELY PEOPLE!

And that means you’re probably very busy, very stressed and, as a natural consequence, very hungry. Well, at least I am. And that’s exactly why I need even more fuel than usual!

Being a great follower of the GO BIG, OR GO HOME philosophy, I’m coming at you with not one, but four ideas for healthy study-snacks, together with some tips and explanation why they actually work.

Hej, wiecie co?

To już ten okres w roku w większości europejskich krajów…

SESJA, MOI DRODZY!

A to prawdopodobnie oznacza, że większość z Was jest bardzo zajęta, bardzo zestresowana i, w naturalnej konsekwencji, bardzo głodna. No, ja przynajmniej tak. I z tej prostej przyczyny potrzebuję jeszcze więcej paliwa niż zazwyczaj!

Podążając za filozofią WSZYSTKO, ALBO NIC, mam dziś dla was nie jeden, ale cztery pomysły na naukowe przekąski razem z wyjaśnieniem, czemu w zasadzie tak dobrze działają.

Partyplanning (1).png

  • 1-2 frozen banana(s)
  • 2-3 handfuls of spinach or half-half spinach & kale
  • 1 cup fresh or frozen mango
  • 1 cup water, coconut water or coconut milk

Just blend everything up and enjoy on the side with your breakfast or between meals. To turn it into a more solid meal, add a tablespoon of peanut or coconut butter and/or 2-3 tablespoons of raw oats. You could also experiment with adding nuts, flax seeds or (vegan) protein powder of choice!

Why does it work?  

  • Because of spinach & kale: They are literally loaded with vitamin A, K and B6, potassium, magnesium, zinc, calcium and iron. On top of that, they also contain folic acid (which, among all, supports healthy cell division) and so-called phytonutrients: natural nutrients of plant origin that strengthen the body, also in the fight against stress!
  • Because of mangoes: …that contain plenty of vitamin A, C and carotenoids (betha-carotene, alpha-carotene, lutein and so on), working miracles for good eyesight, reducing eye-soreness (and we all know that feeling after 10 hours spent staring at a textbook/computer screen…) and supporting your immune system to prevent you from catching a cold in the middle of your exam rut.
  • Because of bananas: Oh, come on, this is such a classic! These yellow fellows are full of magnesium that stimulates electrical activity between neural cells improving cognitive functions and concentration. They’re also packed with fructose – the good sugar that is gradually turned into much needed, pure energy. Something that you probably didn’t know, though, is that bananas also provide you with amino acids your body needs to make serotonin and dopamine – neurotransmitters regulating your mood. So seems like eating bananas is a great way to stay not only focused, but also more calm and immune to anxiety! Tip: I really recommend buying the ripe ones – they’re not only sweeter, but also usually half the price. And if you’re more adventurous, try a free-banana hunt at your local farmer’s market in the afternoon!

Zielony Stymulant Mózgowy 

  • 1-2 mrożone banany
  • 2-3 garści szpinaku i/lub jarmużu
  • 1 szklanka świeżego lub mrożonego mango
  • 1 szklanka wody, wody kokosowej albo mleka kokosowego

Wystarczy, że zblendujecie wszystkie składniki. Jeśli chcecie zmienić ten koktajl w porządniejszy posiłek, dodajcie łyżkę masła orzechowego albo kokosowego i/lub 2-3 łyżki płatków owsianych (surowych, nie gotowanych!!!). Polecam także poeksperymentować z dodawaniem orzechów, siemienia lnianego albo odżywki białkowej, jeśli jesteście pakerami.

Dlaczego to działa?

  • Dzięki szpinakowi i jarmużowi: Które to są po brzegi wypakowane witaminą A, K, B6, potasem, magnezem, cynkiem, wapniem i żelazem. Do tego zawierają kwas foliowy (który m.in. wspomaga prawidłowy podział komórek) i tak zwane fitoskładniki: naturalne substancje odżywcze pochodzenia roślinnego, które może nie są niezbędne do życia, ale wzmacniają organizm, także w walce ze stresem!
  • Dzięki mango: …które zawiera dużo witaminy A, C i karotenoidów (beta-karotenu, alfa-karotenu, luteiny i tak dalej). Składniki te mogą zdziałać cuda dla zdrowia oczu, redukować suchość spojówek (a wszyscy znamy to uczucie, kiedy oczy dosłownie wypadają nam po 10 godzinach zakuwania) i wspomagać odporność, zapobiegając łapaniu przeziębień w środku naukowego maratonu.
  • Dzięki bananom: No dajcie spokój, to jest przecież klasyk! Te żółciutkie ziomki są pełne magnezu, który poprawia aktywność elektryczną w mózgu, wzmacniając funkcje poznawcze i zdolność koncentracji. Banany są też pełne fruktozy – dobrego cukru, który jest w organizmie stopniowo przetwarzany na bardzo potrzebną, czystą energię. Przy okazji – może tego akurat jeszcze nie wiedzieliście – banany zawierają też aminokwasy potrzebne do wytwarzania serotoniny i dopaminy, czyli neuroprzekaźników odpowiedzialnych m.in. za regulację nastroju. Wygląda na to, że jedzenie bananów to najprostsza recepta na koncentrację, spokój i odporność na stres i napięcie. Porada: Polecam kupować te bardziej dojrzałe – nie tylko są słodsze, ale często i o połowę tańsze. A jeśli niestraszna Wam przygoda, możecie wybrać się na rynek późniejszym popołudniem i spróbować polowania na banany kompletnie za darmo!

Easy Dishes ToMake For Your50th BirthdayDinner Party.png

I know it’s highly politically incorrect and I’m sorry, but I couldn’t find a name that would fit it more. It’s a ridiculously tasty addition to salads, pasta, sandwiches and so on, and it’s SO simple that literally anyone can make it. I am also aware that it’s not a real pesto, but heeey, you’ll forget about that little detail once you try it.

  • 1 ripe avocado
  • 1/2 clove garlic
  • a pinch of salt
  • a pinch of pepper
  • a squeeze of lemon juice (around 1 teaspoon)
  • optional: few leaves of Thai basil or cilantro

Simply throw everything into a blender, adding a little bit (no more than 2 tablespoons) of water and blend until you’ll end up with this smooth, creamy, bright green sauce. Then mix it into your salad, add cherry tomatoes and chopped sun-dried tomatoes and top with hemp seeds & cashew. Also, feel free to experiment with your toppings and pretty pleeease share the ideas with me!

Why does it work?

  • Because of the avocado: Don’t get me started. I mean… How can one not love this freakin’ fruit (yes, it is a fruit, if you didn’t know)? Avocados are so famous nowadays that I feel like I don’t even have to explain, so I’ll make it short: monosaturated fats, period. Oleic acids, period. Fiber, period. Vitamin C, K, B5 and B6, period. Potassium, period. They will keep your blood sugar levels balanced and literally make you glow (maybe you won’t have to use any lamp staying late at the library, funny, I know).  They also boost memory and concentration and, being high in fat (the good fat, don’t freak out), they will keep you fuller for longer, so you won’t have to take a study break for snacking after 10 minutes).

Pesto dla Idioty

Dobra, wiem, że jestem w tym miejscu niepoprawna politycznie, ale naprawdę nie mogłam znaleźć bardziej adekwatnej nazwy. Chodzi o to, że… jest to po prostu kretyńsko prosty, a przy tym niedorzecznie pyszny, dodatek (do sałat, makaronów, kanapek i tak dalej). I wiem, wiem, w zasadzie nie powinnam nazywać go pesto, ale słowo honoru, że ten szczegół przestanie się liczyć jak już spróbujecie.

  • 1 dojrzałe awokado
  • 1/2 ząbka czosnku
  • szczypta soli
  • szczypta pieprzu
  • sok z cytryny (około łyżeczki)
  • opcjonalnie: kilka listków tajskiej bazylii albo kolendry

Wystarczy wrzucić wszystko do blendera, uzupełniając małą ilością wody (nie więcej, niż dwoma łyżkami stołowymi) i blendować, aż uzyskacie gładki, kremowy, intensywnie zielony sos. A potem zwyczajnie wmieszajcie go w sałatę, dodając na przykład suszone i świeże pomidory i nasiona konopii albo orzechy nerkowca. Jeśli spróbujecie innych dodatków, dajcie mi znać, co to było!

Dlaczego to działa?

  • Dzięki awokado: Oho, bo zaraz się rozkręcę… To znaczy… Jak można NIE kochać tego owocu (tak, jest to owoc, jeśli nie wiedzieliście)? Awokado zrobiły się obecnie tak popularne, że chyba nawet nie muszę nic wyjaśniać, więc będę się streszczać: kwasy tłuszczowe jednonienasycone, kropka. Błonnik, kropka. Witamina C, K, B5 i B6, kropka. Potas, kropka. Ustabilizują poziom cukru w waszej krwi i doskonale zrobią waszym włosom i skórze – będziecie dosłownie świecić (może nawet nie będziecie musieli używać lampy, ucząc się po nocach; przezabawne, wiem). Poza tym składniki zawarte w awo wzmagają pamięć i koncentrację, a wysoka zawartość tłuszczu (dobrego tłuszczu, więc nie świrujcie), nasyci Was na dłużej, więc nie będziecie musieli przerywać nauki po 10 minutach, żeby zapchać czymś burczący brzuszek.

 

Easy Dishes ToMake For Your50th BirthdayDinner Party — kopia.png

It’s an alternative to your classic trail mix. Lower in fat, higher in crunch, very filling and super delicious.

  • 1/2 cup corn kernels
  • 1-2 handfuls of almonds
  • 1/2 cup craisins (dried cranberries, that is)
  • 1-2 handfuls coconut flakes
  • salt to taste

Prepare the air popped popcorn: Heat up a non-stick pot on medium heat for around 2 minutes and add a sprinkle of water. If it sizzles – you’re good to go. Put the corn kernels in, add salt and cover with the lid immediately. Now reduce the heat a little bit (to a little above low) and don’t lose hope. After 2-3 minutes you should hear that familiar sound – a cannonade!!! Keep shaking the pot every 3 seconds and turn off the heat once it gets quiet!

Roast your nuts (ouch!): Heat up the oven to 140 Degrees Celsius and roast the almonds for about 5 to 7 minutes. Once you’re almost done with the nuts, pop the coconut flakes in and wait for no more than 2 minutes. Be careful because they tend to burn pretty easily (if they do, you can always just send them to me, I’ll eat coconut in every form).

Now: Let your almonds and coconut flakes cool down a bit and then mix everything, adding more salt if needed. Don’t snack on it in the library though – it’s a LOUD process!

Why does it work?

  • Because of almonds: Ahh, the vitamin E. Ahh, all the good, unsaturated fatty acids. Ahh, all that fiber and protein that will keep you energized for hoursss! Snacking on almonds is such an effortless way to get plenty of nutrients in – especially when you really can’t be bothered with following any complicated recipes.
  • Because of craisins: Free from cholesterol and trans fats, they’re like a shot of vitamins, minerals and antioxidants (preventing processes leading to cell damage and increasing proneness to infections).Watch out for the processed ones and try to buy these that don’t contain any addittives – like sugar or palm oil!

Eksplozja Mózgu

  • 1/2 szklanki ziaren kukurydzy
  • 1-2 garstki migdałów
  • 1/2 szklanki suszonej żurawiny
  • 1-2 garstki płatków kokosowych
  • sól do smaku
  • Alternatywa dla mieszanki studenckiej – zawiera mniej tłuszczu, bardziej chrupie, szybko zaspokaja głód i do tego jest absolutnie pyszna.

Przygotuj popcorn: Podgrzej suchy garnek na średnim ogniu przez około 2 minuty. Po upływie tego czasu skrop dno wodą – jeśli kropelki zatańczą na powierzchni i wyparują, wszystko gotowe. Teraz wrzuć ziarna kukurydzy i sól, natychmiast przykryj pokrywką i zmniejsz ogień. Poczekaj 2-3 minuty i nie trać nadziei – po tym czasie powinieneś już zacząć słyszeć znajome dźwięki – kanonadę! Potrząsaj garnkiem co jakieś 3 sekundy dopóki wystrzały nie ucichną, a potem wyłącz ogień i…

…upraż orzechy: W piekarniku nagrzanym do około 140 stopni Celsjusza. Po 5-7 minutach powinny być już lekko zrumienione – teraz dodaj płatki kokosowe i poczekaj nie dłużej niż 2 minuty. Uważaj, bo kokos ma tendencję do szybkiego przypalania się (gdyby tak się stało, możesz wysłać go do mnie – ja tam kokosa zjem w każdej formie…).

Teraz: Pozwól, by migdały i kokos wystygły, a potem wymieszaj wszystko razem, dodając więcej soli jeśli zajdzie taka potrzeba. Uwaga, nie podgryzaj w bibliotece – to jest akurat bardzo głośna przekąska.

Dlaczego to działa?

  • Dzięki migdałom: Ah, witamina E! Ah, dobre, nieprzetworzone kwasy tłuszczowe! Ach, całe to białko i mnóstwo błonnika, które nasycą Cię na całe godziny! Przegryzanie migdałów jest najprostszą z metod na dosłowne wypchanie się składnikami odżywczymi – zwłaszcza wtedy, kiedy naprawdę nie masz czasu na stosowanie skomplikowanych przepisów.
  • Dzięki żurawinie: Wolna od cholesterolu i tłuszczów trans, jest jak zastrzyk witamin, minerałów i antyoksydantów (które zapobiegają procesom degeneracyjnym w komórkach ciała i zmniejszają podatność na infekcje). Tylko ostrożnie – staraj się kupować taką żurawinę, która nie zawiera dodatków jak cukier albo tłuszcz palmowy!

 

Read more at www.reallygreatsite.com (2).png

  • 1 can of chickpeas – drained and rinsed
  • 1/2 small cooked/baked beetroot
  • 1 heaping tablespoon of tahini
  • 1 small garlic clove
  • a squeeze of lemon juice
  • salt & pepper to taste
  • 1/2 teaspoon cumin seeds – but I actually skip that step pretty often and it’s still bloody delicious

Why it works?

  • Because of the beets: Beetroots are probably the most detoxifying veggie you can reach for. They purify blood and improve its flow to your brain, boosting neural activity, so it’s literally like being kicked right in the brain. In a good way. Disclaimer: I know there are multiple myths on how consuming too many beets can kill you and all… Don’t freak out just yet, nobody is encouraging you to live on beetroots! I promise that gulping down a glass of beetroot juice a few times a week or adding a beet to your hummus will not destroy your life. Quite the opposite.
  • Because of Tahini: Well, I could write poems about tahini. And you will probably find some here soon. This smooth, flavorsome thingy is rich with minerals such as  magnesium, copper, iron and zinc. They’re all needed to maintain nerve and metabolic health and prevent fatigue or even anemia, we’re all more prone to in times of strenuous studying.

Blend everything up (until smooth, so about 3-4 minutes). Enjoy on a rice cracker or with veggie sticks.

Whoa, that’s one long post! But ugh, I couldn’t stop myself. Would you want to see a second (and possibly third as well) part of the series? Let me know!

Later!

N. E.

Krwawy Hummus

  • puszka ciecierzycy – odsączona i opłukana
  • pół małego pieczonego lub ugotowanego buraka
  • 1 kopiasta łyżka tahini
  • 1 mały ząbek czosnku
  • trochę (mniej więcej łyżeczka) soku z cytryny
  • sól i pieprz do smaku
  • pół łyżeczki ziaren kuminu – ale szczerze powiedziawszy często je pomijam i nie ma tragedii!

Wystarczy zblendować wszystkie składniki razem, na gładką masę – przez jakieś 3-4 minuty, a potem zajadać z krakersami, waflami ryżowymi albo (najlepiej!) świeżymi warzywami.

Dlaczego to działa? 

  • Dzięki burakom: Buraki są prawdopodobnie jednym z najbardziej oczyszczających warzyw, po jakie można sięgnąć. Oczyszczają krew i wspomagają jej dopływ do mózgu, co poprawia aktywność komórek nerwowych. Więc z jedzeniem buraków jest trochę tak, jakby ktoś kopnął Cię prosto w mózgu. W dobrym sensie.  Wyjaśnienie: Wiem, że krąży wiele legend o tym, jak to jedzenie buraków może człowieka zabić… Spokojnie, nikt tu nikogo nie zachęca do jedzenia wyłącznie buraków! I obiecuję, że szklanka soku buraczanego kilka razy w tygodniu, albo dodanie tego warzywa do hummusu na pewno Was nie zabije – a wręcz przeciwnie.
  • Dzięki tahini: No, o tahini to ja mogę pisać poematy. I pewnie kilka znajdziecie tu już wkrótce. To jedwabiste, pełne smaku cudo jest bogate w minerały jak magnez, miedź, żelazo i cynk, potrzebne do utrzymania odpowiedniego metabolizmu i zdrowia neurologicznego. Co więcej, składniki zawarte w tahini zapobiegają syndromowi przewlekłego zmęczenia, a nawet anemii, na które wszyscy jesteśmy bardziej podatni w okresach zwiększonej aktywności naukowej!

Ojojoj, to był długi post. Ale nie mogłam się powstrzymać! Chcielibyście zobaczyć drugą (i pewnie także trzecią) część tej serii? Dajcie znać!

Na razie!

N. E. 

Sources:

Hicks, J.M., Campbell, T. C. (2011). Healthy Eating, Healthy World: Unleashing the Power of Plant-Based Nutrition. Dallas: BenBella Books.

Moran, V., Moran, A. (2012). Main Street Vegan: Everything You Need to Know to Eat Healthfully and Live Compassionately in the Real World. 

Gawęcki, J. (2017). Żywienie człowieka 1. Podstawy nauki o żywieniu. Warszawa: Wydawnictwo Naukowe PWN

 57 Health Benefits of Going Vegan, Retrieved from: