Thriving or just Surviving? The grey area between health and illness. Pt.1. Przetrwanie czy Prosperowanie? Szara strefa miedzy zdrowiem i choroba. Cz.1.

We are having a baby girl!

  • P stands for positive emotions – such as gratitude, inspiration, hope, curiosity love and many more;
  • E is for engagement – the feeling we get when we’re truly, genuinely engaged in a project, task or particular activity; this is when time seems to stop and we focus on nothing, but the present (and so we get a chance to experience a state of flow); 
  • R means (good) relationships – as social beings, we need relationships with others to feel safe, happy and to thrive; the more meaningful, authentic and positive relationships based on honesty and respect we have, the happier we can become;
  • M stands for meaning – the feeling we get when working for a cause that is bigger than ourselves (may it be an idea, belief, science or other things we find as particularly important);
  • A is for achievement – a feeling of accomplishing something (like reaching a specific goal, mastering a skill or simply becoming better at something);

In a very simplistic, but kind of convincing way, one may think of them as of superpowers (or Pokemons). The more you have, the stronger you become. And if you gather all of them, you become invincible. 

Or even better – you become truly happy.

The great thing is, that it’s not easier said than done. It can be done, actually (been there, believe me). And it’s fun. And there’s methods to be used in order to do it.

But let’s discuss it in the second part, shall we? Lots of love,

1

Szara strefa miedzy pelnym zdrowiem, a choroba.

Moje serce autentycznie puchnie ze szczęścia za każdym razem kiedy zauważam jakąkolwiek pozytywną zmianę w zakresie świadomości społecznej naokoło tematyki dobrostanu psychicznego. Każda nowa kampania dotykająca zagrożeń, jakie dla naszego zdrowia (czy życia) mogą nieść trudności psychiczne, przywraca mi jakąś część wiary w ludzkość. Każdy kolejny slogan stworzony po to, by zwrócić uwagę na wysokie wskaźniki depresji czy zaburzeń odżywiania występujące we współczesnym świecie, napełnia mnie szczególnym rodzajem optymizmu. A jednak jest jakieś światło w tym tunelu! Jest jakaś nadzieja! Tak, ale…

No właśnie. Zawsze musi być jakieś ale. A to dlatego, że w dyskusjach naokoło zdrowia psychicznego często pomijamy pewien bardzo istotny aspekt:

Brak choroby niekoniecznie oznacza pełne zdrowie.

I tyle. Proste? Proste.
Nie musisz być chory psychicznie, żeby być autentycznie nieszczęśliwym. Nie musisz dostać diagnozy psychologicznego zaburzenia, żeby naprawdę cierpieć. To, że nie zdradzasz określonego zestawu symptomów, bynajmniej nie oznacza, że Twoja codzienność nie jest mordęgą. A fakt, że nikt nigdy nie przepisał Ci żadnych leków, nie czyni Twojego bólu mniej prawdziwym, poważnym czy autentycznym niż ból tych, którzy uśmierzają go medykamentami.

Pomiędzy pełnią zdrowia pełnią choroby istnieje specyficzna szara strefa. Przestrzeń, do której każdy z nas może zsunąć się nagle i bez uprzedzenia. Jednego dnia bowiem możemy czuć się jeszcze normalnie, a następnego nagle przestajemy czuć się sobą, zapominając przy tym, jak to jest odczuwać przyjemność. Czy też: jak to jest w ogóle cokolwiek odczuwać. I dokładnie ten dziwaczny proces mam na myśli, gdy mówię o równi pochyłej dystymii i, potencjalnie, depresji (tej wrednej dziwki, przepraszam za wyrażenie).

Jak odroznic prosperowanie od przetrwania? 

Prosperowanie oznacza zdolność do rozwoju, zmiany i odnajdywania przyjemności i nadziei w otoczeniu, w którym funkcjonujemy. Oznacza umiejętność odnajdowania w codziennym życiu znaczenia – naszego własnego, osobistego sensu. Oznacza gotowość do nawiązywania i podtrzymywania pozytywnych, stabilnych relacji z innymi i do radzenia sobie z wyzwaniami, które stawia przed nami rzeczywistość. 

Przetrwanie to coś zupełnie innego – sprowadza się do zdolności do przeżycia kolejnego dnia i… W sumie niczego więcej. W takim “przetrwalnym” rytmie życia, zazwyczaj permanentnie zmagamy się z brakiem motywacji, zagubieniem, poczuciem, że utknęliśmy w miejscu.  Bezustannie kwestionujemy nasze życiowe wybory, w relacjach z innymi czujemy tylko brak autentyzmu, a w codziennym funkcjonowaniu skupiamy się głównie na tym, co idzie nie tak (zazwyczaj dochodząc do wniosku, że nie tak, jak powinno, idzie absolutnie wszystko, ale i tak niewiele da się z tym zrobić). Nadal jednak nie jest to tak zwana depresja w pełnym rozkwicie, a więc wielu z nas lekceważy powagę sytuacji. Budzimy się, idziemy do pracy, wracamy do domu, jemy beznadziejny obiad, oglądamy Netfliksa albo kablówkę, idziemy spać, budzimy się… “Takie jest życie”, mówimy sobie w między czasie. “Tak to już jest”. 

Z pewnością tak to już jest i było dla wielu. Wcale jednak nie znaczy to, że tak właśnie być powinno. 

Widziałam aż nazbyt wiele osób (w niektórych kontekstach sama dołączając zresztą do tego grona), godzących się na przeżywanie kolejnego dnia w tym dziwnym stanie wyblakłej bezwoli. Wmawiających sobie, że tak po prostu wygląda dorosłość. Przypadkowy dyplom. Nudne, bezcelowe randki. Korki drogowe. Długi. Podatki. Gówniany szef, gówniana dieta, gówniany seks. Gówniane nastawienie do życia i gówniane myśli. I żebyśmy się tylko dobrze zrozumieli – bynajmniej nie twierdzę, że jest coś nie w porządku z przechodzeniem w życiu gorszych okresów. Wręcz przeciwnie! Negatywne emocje są, do pewnego stopnia, zdrowe, pełniąc wiele adaptacyjnych funkcji: informują nas, że coś jest nie tak; nakazują nam wycofać się z danej sytuacji, motywują do zmiany; nieraz sprawiają, że się zatrzymujemy, zastanawiamy, odpoczywamy, zmieniamy kierunek działania. Problem pojawia się nie wówczas, gdy (okresowo) czujemy się źle. Gorzej robi się wtedy, kiedy stale czujemy się… nijak. Nic nie jest dobrze, ale wszystko jest w porządku. 

No, tylko, że wcale nie jest. 

Prosperowanie, Seligman i Psychologia Pozytywna

Przez wiele lat Psychologia jako dziedzina nauki miała wkurzającą tendencję do skupiania się wyłącznie na tym, co jest z daną jednostką nie tak. Jeśli przejawiałeś określone symptomy, byłeś uznawany za chorego. Jeśli ich nie zdradzałeś – bam, byłeś zdrowy! Voila, zero przestrzeni na stany pośrednie! Dobrzy na lewo, źli na prawo i nara. Niestety, jednocześnie otrzymanie konkretnej diagnozy – w świetle nauki i teorii – praktycznie odbierało Ci prawo do odczuwania szczęścia. Bo skoro podział jest tak prosty, to  przecież nie można być chorym i szczęśliwym, albo zdrowym i nieszczęśliwym jednocześnie, prawda?

Nieprawda. 

O tym, że istnieją stany pośrednie, dyskutuje się w Psychologii tak naprawdę od niedawna, bo mniej więcej od późnych lat 80′ ubiegłego wieku. Debata rozgorzała za sprawą – między innymi – głosu Doktora Martina Seligmana, amerykańskiego psychologa z Uniwersytetu w Princeton, który zaczął dostrzegać rolę 

Jakkolwiek bym nie chciała, by było inaczej, to nie ja stoję za wynalezieniem pojęcia prosperowania. Autorem terminu jest właśnie wspomniany wyżej doktor Seligman, który nie tylko rozpoczął dyskusję na temat znaczenia pozytywnych emocji w zdrowiu i chorobie, ale i opracował cały model o enigmatycznym tytule: PERMA – zawierający w sobie przynajmniej kilka ważnych pojęć i idei. 

  • P jak pozytywne emocje (ang. positive emotions) takie, jak wdzięczność, natchnienie, nadzieja, ciekawość, miłość i wiele innych; 
  • E dla zaangażowania (ang. engagement)uczucia, które dopada nas gdy autentycznie i w pełni poświęcimy się danemu projektowi, zadaniu lub czynności, pojawiającego się wówczas, gdy czas wydaje nam się, że czas przestał istnieć, a przestrzeń nie ma znaczenia; 
  • R jak (dobre) relacje (and. [good] relationships) jako istoty społeczne potrzebujemy związków z innymi by móc czuć się bezpiecznie, odnajdywać szczęście i w pełni cieszyć się życiem; im więcej autentycznych, znaczących i pozytywnych relacji z innymi, opartych na szczerości i wzajemnym szacunku nawiązujemy, tym szczęśliwszymi się stajemy; 
  • M dla znaczenia (ang.meaning)poczucia, że pracujemy na rzecz czegoś – wierzenia, przekonania, nauki czy innej wartościowej dla nas idei – większego od nas samych;  
  • A dla osiągnięć (ang. achievement) – które wiążą się z poczuciem, że coś nam się udało, że osiągnęliśmy określony zamiar, zrealizowaliśmy konkretny cel, albo też zwyczajnie stajemy się coraz lepsi i lepsi w danej dziedzinie;  

W dużym skrócie, ale i w dość przekonujący sposób, można by pomyśleć o powyższych konceptach jak o supermocach (albo Pokemonach). Im więcej ich masz, tym silniejszym jesteś. A jeśli zbierzesz wszystkie, staniesz się niezwyciężalny.

Albo nawet lepiej – staniesz się naprawdę szczęśliwy.

Dobra rzecz jest w tym wszystkim taka, że wcale nie łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Bo to naprawdę jest wykonalne (byłam, widziałam, słowo daję). I w dodatku może stanowić niezłą zabawę. A na domiar wszystkiego, istnieją określone metody, które można w tym celu zastosować.

Ale zostawmy to sobie na część drugą, co? Tymczasem – ściskam Was mocno!

1 copy

Summertime Sadness. On repressed memories, trauma and healing. Wakacyjne Smutki. O wypartych wspomnieniach, traumie i zdrowieniu.

“I really need to get my mind off things. I need to read something light and relaxing, I need to finally watch series that are fun and entertaining”, I said, welcoming these long, post-defense summer days I could finally spend on things I didn’t really have time for the last months. I was – at least for a couple of months – done with all that heavy stuff that my thesis revolved around. How excited I was! How happy!

And here I am now, surrounded with a wall of books on childhood trauma and binge watching TV shows about family drama and repressed memories. Well, you can take a psychology student (now a real psychologist, actually) out of the faculty, but you won’t take psychology out of a psychology student, I guess…

Seems like there’s not much that can be done about it: My deep love for trauma (I know how it sounds like) is a fatum and I’m cursed… Therefore I finally decided to embrace it and dive into the ocean of defense mechanisms, tragedy and sorrow, now coming at you with a list of some pearls I found there.

  1. The Body Keeps the Score: Brain, Mind and Body in the Healing of Trauma, Bessel van der Kolk
  2. The Tale, dir. Jennifer Fox
  3. Little Life, Hanya Yanagihara
  4. Sharp Objects, dir. Jean-Marc Vallee
  5. Patrick Melrose, Edward St Aubyn
  6. Bloodline, created by Todd Kessler, Glenn Kessler and Daniel Zelman 
  7. The Glass Castle, Jeannette Walls

Image result for body keeps the score cover

The Body Keeps the Score: Brain, Mind and Body in the Healing of Trauma. Bessel van der Kolk.

The only entirely psychological, non-fictional book on my list and also, for a reason, the very first I want to talk about. Recommended to me by my thesis supervisor some years ago already, it still remains on top of my private ranking. I believe it’s also a great, non-sensationalistic introductory read to the topic of trauma in general. Combining theory, exhaustive description of mechanisms of psychological trauma and deeply moving stories on survival with truly beautiful language, it’s a worthwile read not only for psychology students/graduates/fanatics, but empathetic human beings in general.

Despite the heaviness of the topic (Body keeps the score  contains truly dramatic stories – of Vietnam, Afghanistan and Iraq veterans, incest survivors, victims of domestic and/or sexual violence, for example), it doesn’t leave you plain depressed nor hopeless. What I personally felt when reading it, was an insane amount of respect and admiration for Bessel van der Kolk’s dedication to his work as a psychiatrist and psychotherapist, but also for his patients’ strenght and resilience in the fight to keep on going despite what’s happened to them.

Heaviness Score: 5/10

Image result for the tale film

The Tale, dir. Jennifer Fox (based on a memoir by Jennifer Fox)

The story starts with Jennifer – your typical mature, strong, independent woman – getting a call from her mother wanting to tell her about a short story she found while decluttering the house. Written by Jenny at the age of 13, after she’s spent a summer with her horse-riding teacher, Mrs. G, and a running coach named Bill, it describes her first love (or rather what she believed to be love) and sexual experiences. To everyone except for Jennifer, it’s immediately clear she’s been abused. To everyone except for Jennifer, it’s immediately clear she was a victim. But she’s still in denial, and from here things start spiralling downward. Jennifer will have to travel back in time – not literally, obviously, but in her memory and her mind – to discover what’s really happened to her. She will also have to learn how to be both vulnerable and strong at the same time and deal with an overwhelming amount of feelings that every survivor can relate to: anger, hurt, guilt, hope.

Heavy, honest, hypnotizing – that’s what The Tale is. Filmed in a fresh, innovative way, far from romanticizing the “relationship” between a grown up man and a child, it, thankfully, doesn’t try to become your second Lolita. The abuse scenes – although not overly graphic – remain extremely uncomfortable. And the fact it’s autobiographical makes things even harder. Still, I definitely encourage you to watch it, especially if you’re interested in mechanisms of memory of trauma.

Heaviness Score: 8/10

Image result for little life cover

Little Life, Hanya Yanagihara

Okay, so I know that readers are divided – some love every page of Yanagihara’s novel, some, on the other hand, despise it. I, myself, am conflicted: A Little Life is definitely worth reading, but I can’t promise you will like it, enjoy it, or even agree with the manner in which Yanagihara constructs her characters and the universe they exist in.

The story follows lives of four men – Jude, Malcolm, JB and Willem – for years, from their youth to late-middle-age. It starts in a very innocent way, with our diverse little wolfpack hunting for an apartment, looking for jobs, attending parties, going on dates and doing all the things your usual young adult probably does when moving to New York City.  Soon, though, it becomes pretty evident that A little life is not another Sex and the City. Gradually – as everything becomes more and more focused on Jude, a talented lawyer with a very mysterious past – we discover a much, much darker and more disturbing side of the novel, that will probably leave you pretty devastated. Divided into seven separate parts with frequent flashbacks and unexpected shifts of narrative to the first person, with its’ language’s complexity and multi-layered plot, A Little Life is not an easy read. It’s I also sometimes find it pretty annoying and, to be honest, ideologically pushy, but – not wanting to spoil it or prime you in a certain way – I will leave it at that. Let me know if you’ve read it, though –  I am more than willing do discuss some parts and see what’s your opinion!

Heaviness Score: 7/10

Image result for edward st aubyn patrick melrose

Patrick Melrose Novels, Edward St Aubyn

Okay, this. This. I can’t remember when was the last time I had such a strong, almost visceral, reaction to a novel. The process of reading it was like eating a praline with a hornet stuffing. Beautiful words like intricate sugar sprinkles, subtle metaphors and beautiful descriptions of British aristocracy with its’ huge summer houses, luxurious living rooms and extravagant lifestyle cover the most poisonous, destructive content one can imagine. I’m not gonna tell you what exactly it is, but be prepared for something very, very dark and very, very heavy.

I just finished the fourth novel and am gathering my strength to continue with the next one. And yes, I’m still shattered, but Patrick Melrose is one of these series you can’t stop reading (despite the shivers and a gag reflex you get while reading it). The language layer is insane and the story it tells – especially when you realize it’s autobiographical – is all-consuming.

But I warn you. Recommended to tough readers only.

Heaviness Score: 10/10

 

Image result for sharp objects hbo poster

Sharp Objects, dir. Jean-Marc Vallee (based on a book by Gillian Flynn) 

Let me just say that I only saw the first episode so far… But I’ve actually read “Sharp Objects” three years ago, spending summer vacation in Greece (seems like my sympathy for heavy summer reads is nothing new), so I kind of know what I’m talking about (kind of, kind of). I found it to be quite an interesting (though not amazing) read. To me, it lacked a language richness I look for in literature (yes, even in my summer reads), but had everything else that a good crime story needs: a complicated, traumatized heroin covered in scars (literally) from head to toe, a mysterious murder and a dark secret from the past. Aaand as I said, it’s maybe not my favorite crime novel,  but I am still more than curious about the TV adaptation. Especially that – from what I’ve heard from my sister and my dad, both currently pretty obsessed with the last episode – it’s really freakin’ good. Dark, smart and surprising.

Additionally, the story touches subjects very close to my heart – also from the point of my academic interests: the effects of repression and denial, two very powerful defense mechanisms we all sometimes have to reach for in order to survive.

Heaviness Score: Don’t know yet, but probably pretty high!

Image result for bloodline poster

Bloodline, created by Todd Kessler, Glenn Kessler and Daniel Zelman (season 1) 

Uh-oh. Uh-oh. I’m not gonna be objective, because I am still blinded by my newly developed crush on Kyle Chandler (and, thanks to it, a freshly discovered taste for a dad-bod), but Bloodline is the bomb. THE BOMB, guys!

The plot revolves around members of the Rayburn family: the parents (an elderly couple owning a 5* Florida Keys hotel) and their children, of which three are more or less succesful and one is your stereotypical black sheep. After reuniting at a family party, the Rayburns will have to deal with some serious problems and believe me, nothing is what it seems to be.

The action progresses pretty slowly and you don’t get any car chases nor a HBO series-inspired graphic erotic scenes, but I still can’t remember the last time I watched a TV show as intense and gripping as this. And the cast does a magnificent job – actors that we usually see in supporting roles, play the main parts and my sweet lord, they play them WELL.

And yes, what happens to the Rayburn clan is quite hardcore (you’ll see, believe me), but I bet after only a couple of episodes you will be able to draw some interesting parallels between it and your own family’s story. This is what, in my opinion, makes it so precious – despite some extreme plot twists and major dramas it still touches very basic issues every family has to deal with at some point (oh, you know, trust and lack thereof, sense of guilt that’ll consume you whole, false memories, toxic white lies and A MURDER CASE?).

Heaviness Score: 7/10

Image result for glass castle book

The Glass Castle, Jeannette Walls 

This moving memoir is a collection of nightmares that Jeannette Walls and her three siblings had to go through in their childhood, while being raised by their nomadic, free-spirited (read: completely irresponsible) parents, Rose Mary and Rex. To call their parenting methods “unconventional” is an understatement – why? You’ll see when you read it,  but let me just tell you that compared to them, the slightly edgy, boho-vegan parents feeding their children with spirulina and refusing to vaccinate them, that you sometimes see on YouTube seem like complete amateurs.

As long as I enjoyed reading the book I still – contrary to what some say – didn’t find it particularly heartwarming. To me, to be entirely honest, it felt more like a terrifying testimony of a traumatic childhood, than a piece on unconditional love and forgiveness. It, though, has a different value. Jeannette Walls – consciously or not – managed to pinpoint a very common strategy of rationalizing, explaining and justifying our parents’ acts and decisions. A strategy we all – though probably coming from family environments not as dark as Walls’ – sometimes use have to reach for in our adult lives. A strategy that is, to me, a purest expression of this raw, innocent, naive love all children have for their parents – love that will make us fool and second-guess ourselves only to protect the ones we love the most.

Heaviness Score: 7/10

Uhh, that’s all, folks! I’m dying to know what you think!

1

“Muszę się oderwać. Muszę wreszcie przeczytać i obejrzeć coś lekkiego i relaksującego, “, powiedziałam, z szeroko otwartymi ramionami witając długie, z dawna wyczekiwane, letnie dni, które nadeszły po obronie mojej pracy magisterskiej. Wreszcie – po raz pierwszy od dosłownie miesięcy – miałam czas, by nadrobić wszystkie literacko-serialowe zaległości i uwolnić się od wszystkich tych przybijających, mrocznych tematów, które zawzięcie zaprzątały mi głowę (w czysto naukowym kontekście)…

I tak oto jestem, otoczona murem książek o traumie wczesnodziecięcej, obsesyjnie odpalająca kolejne odcinki seriali o rodzinnych dramatach i wypartych wspomnieniach.

Cóż, najwyraźniej można wyjąć studenta psychologii (teraz w zasadzie już prawdziwego psychologa), ale nie da się wyjąć psychologii ze studenta psychologii. Czy coś.

Co gorsza, chyba niewiele da się z tym zrobić: Moja miłość do traumy (wiem, jak to brzmi) jest jak fatum, a ja sama muszę być przeklęta… Postanowiłam więc wyciągnąć z tego jakieś korzyści i zanurkowałam w oceanie mechanizmów obronnych, tragedii i smutku, żeby przygotować dla Was listę kilku prawdziwych perełek, które to w nim znalazłam tego lata. Oto i one:

  1. Strach ucieleśniony: Mózg, Umysł i Ciało w terapii traumy, Bessel van der Kolk
  2. Opowieść, reż. Jennifer Fox
  3. Małe Życie, Hanya Yanagihara
  4. Ostre przedmioty, reż. Jean-Marc Vallee
  5. Patrick Melrose – Seria, Edward St Aubyn
  6. Bloodline, Todd Kessler, Glenn Kessler and Daniel Zelman 
  7. Szklany zamek, Jeannette Walls

Strach ucieleśniony: Mózg, Umysł i Ciało w terapii traumy, Bessel van der Kolk

Jedyna czysto “psychologiczna-psychologiczna”, pozycja na mojej liście i, nie bez przyczyny, także pierwsza, o której chcę Wam opowiedzieć. Polecona mi parę lat temu przez moją promotorkę, wciąż pozostaje na szczycie mojego prywatnego rankingu książek. Stroniąc od taniej sensacji, wprowadzi Was w tematykę traumy psychologicznej. Ale ponieważ łączy w sobie wiedzę teoretyczną wyczerpujące opisy mechanizmów, na których opiera się psychologiczna trauma, poruszające, prawdziwe historie osób, które ją pokonały i niezwykły język, jest cenną propozycją nie tylko dla studentów/absolwentów/fanatyków psychologii, ale po prostu dla wszystkich empatycznych ludzi, którym zależy na zrozumieniu tak siebie, jak i drugiego człowieka.

Pomimo “ciężkości” poruszanego tematu (Strach ucieleśniony zawiera między innymi dramatyczne świadectwa weteranów wojny w Wietnamie, Afganistanie i Iraku, osób przymuszanych do stosunków kazirodczych, ofiar przemocy seksualnej i/lub domowej), nie jest to jedna z tych książek, która odbiera Ci nadzieję i resztki optymizmu. Czytając ją, czułam nie tylko niezwykły szacunek dla poświęcenia, z jakim Bessel van der Kolk oddaje się swojej pracy psychiatry i psychoterapeuty, ale także, a może przede wszystkim, niewyobrażalny podziw względem odwagi i siły jego pacjentów, gotowych mierzyć się z tym, co ich spotkało i, mimo wszystko, walczyć o odzyskanie siebie.

Skala Ciężkości: 5/10

Opowieść, reż. Jennifer Fox

Akcja filmu rozpoczyna się w dniu, w którym Jennifer – tak zwana typowa dojrzała, silna, niezależna kobieta – odbiera telefon od własnej matki, która, podczas domowych porządków, znalazła wypracowanie napisane przez Jenny gdy ta miała trzynaście lat. Opowiadanie dotyczy relacji, jaką Jenny nawiązała z Panną G., swoją nauczycielką jazdy konnej, oraz trenerem Billem oraz jej pierwszej miłości (lub tego, co Jenny uważała za miłość) i doświadczeń seksualnych. Dla wszystkich z wyjątkiem Jennifer natychmiast staje się jasne, że kobieta – a wtedy przecież dziewczynka – padła ofiarą wykorzystania seksualnego Dla wszystkich z wyjątkiem jej samej, wciąż w szponach zaprzeczenia.        W momencie tym dotychczasowa równowaga Jennifer zwyczajnie musi lec w gruzach, a ona będzie musiała odbyć podróż – metaforyczną, rzecz jasna – w głąb siebie, własnej pamięci i własnej przeszłości, ucząc się, jak być jednocześnie silną i słabą, zmagając się z poczuciem winy, krzywdy, gniewem i nadzieją, uczuciami bliskimi każdemu, kto przetrwał to co ona.

Ciężka, szczera, hipnotyzująca – taka właśnie jest Opowieść, która zresztą, na całe szczęście, nie próbuje stać się nową Lolitą i nie romantycyzuje “związku” między dorosłym facetem i dzieckiem. Sceny przemocy, choć nie szczególnie dosłowne, są niesłychanie wstrząsające, a fakt, że film opiera się na prawdziwej historii, wcale sprawy nie ułatwia. W dalszym ciągu zachęcam Was do zmierzenia się z Opowieścią, jako, że jest to rzecz nakręcona w świeży i innowacyjny sposób, szczególnie ciekawa, jeśli interesują Was zagadnienia pamiętania traumy.

Skala Ciężkości: 8/10

Małe Życie, Hanya Yanagihara

Dobra, wiem, że czytelnicy są podzieleni – jedni wprost kochają każdą stronę powieści Yanagihary, podczas gdy inni zwyczajnie nie mogą jej znieść. Ja sama jestem skonfliktowana: Małe Życie to pozycja z pewnością warta przeczytania, choć nie mogę zagwarantować, że przedzieranie się przez nią będzie doświadczeniem przyjemnym, a Wy sami od razu pokochacie styl autorki oraz to, w jaki sposób kreuje swoje powieściowe uniwersum.

Na kolejnych stronach Małego życia podążamy tropem czwórki mężczyzn: Jude’a, Malcolma, JB i Willema. Śledzimy ich losy przez lata – przez wczesną, aż do późnej-środkowej dorosłości. Wszystko zaczyna się niewinnie, bo od naszej paczki szukającej mieszkań, pracy, chodzącej na imprezy, randki i robiącej wszelkie inne rzeczy, które prawdopodobnie robi przeciętny młody człowiek po przeprowadzce do Nowego Jorku. Wkrótce jednak w dość wstrząsający sposób przekonujemy się, że Małe życie to bynajmniej nie kolejna wersja Seksu w wielkim mieście. Stopniowo, w miarę, jak uwaga narratora coraz bardziej skupia się na postaci Jude’a, utalentowanego prawnika o tajemniczej przeszłości, odkrywamy o wiele bardziej mroczną, niepokojącą stronę powieści. Podzielone na siedem części, przeplatane nawiązaniami do przeszłych wydarzeń i niespodziewanymi zmianami narracji z trzeciej, na pierwszoosobową, Małe życie z pewnością nie jest łatwą pozycją. Osobiście zresztą uważam ją za momentami zbyt ideologicznie zaangażowaną i zwyczajnie irytującą, ale, żeby Was przypadkiem nie utorować i nie zepsuć Wam przyjemności czytania, nie powiem ani słowa więcej. Podzielcie się proszę opinią, jeśli tylko powieść Yanagihary przeczytacie lub już przeczytaliście – z chęcią omówię z kimś te części, które szczególnie nie dają mi spokoju!

Skala Ciężkości: 7/10

Patrick Melrose – Seria, Edward St Aubyn

Tragedia. Masakra. Nie pamiętam, kiedy ostatnim razem jakakolwiek książka wywołała we mnie tak silną, wręcz trzewną reakcję. Czytanie Patricka Melrose’a było jak jedzenie pralinki z nadzieniem z szerszenia. Śliczniutkie słowa jak misterna cukrowa posypka, subtelne metafory i przecudne opisy brytyjskiej arystokracji z jej wielkimi daczami, luksusem przestronnych salonów i ekstrawagancją stylu życia skrywają najbardziej toksyczną, destrukcyjną, obrzydliwą zawartość, jaką można sobie wyobrazić. Nie powiem Wam, co to dokładnie jest, ale przygotujcie się na coś bardzo, bardzo mrocznego i bardzo, bardzo ciężkiego.

Właśnie skończyłam lekturę czwartej części i zbieram siły do zabrania się za kolejną. I tak, wciąż jeszcze jestem wstrząśnięta, ale niestety Patrick Melrose to jedna z tych serii, od których człowiek wprost nie może się oderwać (choć drży na całym ciele i ma odruch wymiotny za każdym razem, gdy przerzuca stronę). Warstwa językowa wykreowana przez St Aubyna jest wprost nieziemska, a jej fabularna zawartość, zwłaszcza, gdy uświadomimy sobie, że jest to powieść częściowo autobiograficzna, zostanie z Wami na bardzo, bardzo długo.

Ale ostrzegam. Polecam tylko bardzo wytrzymałym czytelnikom.

Skala Ciężkości: 10/10

Ostre przedmioty, reż. Jean-Marc Vallee

A więc przyznaję, że widziałam jak na razie tylko jeden odcinek Ostrych przedmiotów… Ale za to książkę, na podstawie której powstał serial przeczytałam już ze trzy lata temu, podczas sielankowych greckich wakacji (jak widać moje uwielbienie dla przybijających letnich lektur nie jest żadną nowością), więc wiem, o tyle, o ile, o czym mowa! Powieść Flynn może mnie nie zachwyciła, zwłaszcza, że brakowało jej językowego bogactwa, które tak sobie cenię w literaturze, ale muszę przyznać, że ma wszystko inne, co dobry kryminał mieć powinien. Nie brakuje jej bowiem ani skomplikowanej charakterologicznie, poranionej od stóp do głów (dosłownie i w przenośni) głównej bohaterki, ani zagadkowego morderstwa, ani też mrocznego sekretu z przeszłości. Tak czy inaczej, z ekscytacją i ciekawością zasadzam się na serial – tym bardziej, że zarówno moja siostra, jak i tata, mają aktualnie obsesję na punkcie ostatniego odcinka. I, z tego co mówią, cały serial jest mroczny, inteligentny, zaskakujący i zwyczajnie bardzo, bardzo dobry.

W dodatku, żeby tego było mało, Ostre przedmioty dotykają tematów bliskich mojemu sercu także z punktu widzenia moich naukowych zainteresowań: dwóch bardzo podstawowych i silnych mechanizmów obronnych, wyparcia i zaprzeczenia, po które wszyscy czasem musimy sięgnąć… żeby przetrwać.

Skala Ciężkości: Jeszcze nie wiem, ale wynik jest prawdopodobnie wysoki!

Bloodline, Todd Kessler, Glenn Kessler and Daniel Zelman 

Ojejku, jejku. Z góry uprzedzam, że nie będę obiektywna (jakbym wcześniej była…). Zaślepia mnie bowiem świeżo rozwinięte zauroczenie (dzięki któremu to zresztą niespodziewanie odkryłam moją fascynację tatuśkowatym męskim ciałem, mniam…). Ale mniejsza o to. Bloodline to jest sztos. SZTOS, chłopcy i dziewczynki.

Fabuła opiera się na historii klanu Rayburn’ów, który tworzą Sally i Robert – właściciele pięciogwiazdkowego resortu we Florida Keys oraz czwórka ich dzieci, z których troje jest mniej lub bardziej udane, a czwarte przyjmuje rolę stereotypowej czarnej owcy. Spotkanie po latach przy okazji rodzinnej imprezy będzie stanowić dla nich zarzewie konfliktu, w którym nic nie jest tym, czym początkowo wydaje się być…

Akcja jest w Bloodline powolna – nie dostaniecie w tym serialu pościgów samochodowych albo scen erotycznych rodem z produkcji HBO… A mimo to nie pamiętam, kiedy ostatnio oglądałam serial tak emocjonujący i pełen napięcia jak ten. Dodatkowy atut stanowi niezwykła obsada – główne partie grają aktorzy, których zwykle oglądamy w rolach drugoplanowych i, słowo daję, odwalają przy tym niesamowitą robotę.

I zgodzę się, że to, z czym muszą zmierzyć się w końcu Rayburnowie, jest dość ekstremalnym przypadkiem rodzinnego dramatu (oj, uwierzcie mi), ale założę się, że ledwie po kilku odcinkach będziecie w stanie znaleźć podobieństwa między ich losami, a historią Waszej własnej rodziny. I to właśnie czyni Bloodline produkcją tak cenną – pomimo zaskakujących zwrotów akcji i ponadprzeciętnego dramatyzmu, serial opowiada bowiem o kwestiach niezwykle podstawowych i dobrze nam wszystkim znanych (no wiecie, o zaufaniu w rodzinie i o jego braku, o wszechogarniającym poczuciu winy, fałszywych wspomnieniach, kłamstwach błahych, ale toksycznych i… sprawach o moderstwo?).

Skala Ciężkości: 7/10

Szklany zamek, Jeannette Walls

Ten poruszający pamiętnik jest jak klaser pełen koszmarów – koszmarów, które Jeanette Walls i jej rodzeństwo musieli przetrwać w dzieciństwie, znajdując się pod opieką swoich wolnomyślicielskich, miłujących wolność (czyt. kompletnie nieodpowiedzialnych) rodziców,Rose Mary i Rexa. Nazwanie ich metod wychowawczych “niekonwencjonalnymi” to grube niedopowiedzenie. Czemu? Nie powiem! Ale wystarczy, żebyście wiedzieli, że w porównaniu z nimi ci wszyscy nietuzinkowi, boho-wegańscy rodzice nie szczepiący swoich dzieci i karmiący je wyłącznie spiruliną, których to czasem widuje się na YouTube, są zwyczajnymi amatorami.

Tak długo, jak Szklany Zamek był lekturą w jakiś sposób przyjemną, nie do końca podzielam opinię, że jest on książką szczególnie pocieszającą. O wiele bardziej niż opowieścią o bezwarunkowej miłości i wybaczeniu, zdaje mi się bowiem być głównie przerażającym świadectwem wczesnodziecięcych traum i krzywd. W moim odbiorze książka Walls ma jednak zupełnie inną wartość. Świadomie lub nie, autorce udaje się bowiem na jej stronach uchwycić strategię racjonalizowania, tłumaczenia i usprawiedliwiania zachowań własnych rodziców. Strategię, którą – choć większość z nas prawdopodobnie pochodzi z o wiele mniej patologicznych środowisk – każdy z nas w jakimś stopniu stosuje wkraczając w dorosłość. I w końcu strategię, która jest w moim odbiorze najczystszym przejawem tej niewinnej, naiwnej, żywej miłości, którą prawdopodobnie wszystkie dzieci żywią względem swoich rodziców – miłości, która nakazuje nam oszukiwać samych siebie i poddawać pod wątpliwość własne wspomnienia tylko (lub aż) po to, by chronić tych, których kochamy najmocniej.

Skala Ciężkości: 7/10

Uff! To by było na tyle! Dajcie koniecznie znać, co myślicie!

1 copy

Mental Illnesses are not Adjectives. Choroby Psychiczne nie są przymiotnikami.

1

“This song makes me so depressed”, “Wow, you’re so skinny now! You look anorexic!”, “I can act so bipolar sometimes!” 

We’ve all been there: conducting a spontaneous self-diagnosis during a Sunday chat with a friend or misusing a medical term while gossiping with a co-worker, to give you just the simplest examples. This very process – so when a technical or medical term is being adopted by our everyday vernacular – is very common and, obviously, not limited to the usage of mental-health related words. It’s name – determinologization – was introduced in 2000 by Ingrid Meyer and Kristen Mackintosh in 2000. Leading to the popularization of concepts that have previously been used only by professionals, it robs them of their actual depth and meaning. 

Now don’t get me wrong, I’ve done it as well and I’m not here to reprimend you. I am also far from suggesting that – when we’re doing it – we’re doing it on purpose, to insult or harm others. Apart from that, many of us think that as long as we’re not pointing our fingers at someone to call them these “names” we are not doing anyone any harm, but I beg to disagree. 

Here’s why:

1. Determinologization of mental illnesses trivializes the severity of these conditions, making them sound way less serious than they actually are, which not only shares misinformation, but can also make the ones suffering from them feel ridiculed or even prevent them from seeking help. 

2. Determinologization of mental disorders leads to stigmatization, thus it supports the stereotypes that these disorders carry. It’s important to acknowledge that people who struggle with mental health related issues are challenged doubly. On a daily basis, they have to deal with symptoms and disabilities that result from their disease. Additionally, they are challenged by social prejudice resulting from misconceptions about mental illness. And then in the end, they are robbed from so many opportunities others take for granted (like, for example, steady jobs or social affiliation). 

3. Determinologization of mental disorders discourages the ones that actually suffer from them from being open about their condition. It is changing, but the process is slow: we – as a society – are still far from being open about what’s happening to us in terms of our mental health. Unfortunately, we are also quick to use words that we do not completely understand in an inappropriate context. Very often we do not realize, however, how harmful this can be to others. Now imagine that you’re  trivializing a mental disorder in the presence of someone who actually suffers from it who has beloved ones that suffer from it. Once you hear that your condition (so something that causes you real pain) is being treated like a joke, you will probably be less likely to talk about it… Because why should you, if you feel like you’re only gonna then be ridiculed? 

4. Determinologization of mental illnesses can make it sound like the moment you get a diagnosis you literally become your ilness. But, surprise, surprise, it’s not the case. You don’t change shape or color once you get diagnosed with a mental ilness. You don’t turn into some sort of a mythical creature (wow, imagine that!). Saying that someone is something (e.g. Anorexic, Schizophrenic) is a way more definitive statement and leaves little space for hope for overcoming the condition, than saying that someone has something or suffers from something. Words – and the manner in which we use them – really do matter.

2

Conditions/Illnesses most commonly used as adjectives or “names”

Depression. “This weather makes me so depressed!”

Depression is not an extreme form of sadness. It is a mood disorder that causes multiple psychological and psychosomatic symptoms (persistent sad or “empty” mood, anxiety, severe fatigue, difficulty sleeping, suicidal thoughts and suicide attempts to name just a few). And to be diagnosed with depression, one has to suffer from these for at least two weeks. 

Some words to use instead: sad, unhappy, sorrowful, down, heavy-hearted.

Panic Attack. “I literally had a panic attack before our first date!” 

Panic attacks are symptoms of a panic disorder – an anxiety disorder characterized by the fear of losing control or the fear of disaster. They are sudden and last for at least  several minutes or longer. The fear one experiences is real, although there is no real reason to feel it. As the panic attacks can occur at any time, many people with panic disorder dread the possibility of having another attack basically anytime. So a panic attack is clearly not the same as freaking out when seeing a spider in your bed. 

Words to use instead: upset, afraid, scared, terrified. 

Trauma. “LOL, I have a real trauma after meeting his mother!”

Well, yeah, I doubt that you do. You can feel upset or unsteady, that’s for sure. But a psychological trauma is a serious emotional and psychological damage that results from experiencing (once, or for a prolonged period of time) an event so severely distressing that it exceeds one’s abilities to cope with it. It can also affect one for weeks, years, or even decades and eventually lead to long-term, irreversible negative consequences.

Words to use instead: shocked, disturbed, upset? But I don’t think there’s actually one perfect synonym for trauma in its’ whole complexity (but let me know if you have an idea!). 

Anorexic. “Jesus, look at her! She’s so anorexic!” 

Anorexia nervosa is an eating disorder that causes one to severly restrict their daily food intake. Its’ most common symptoms include extreme thinness leading to emaciation, distorted body image and low self-esteem and an intense fear of gaining weight. Although people suffering from anorexia are indeed usually worryingly thin, it is not a lifestyle choice or a form of extreme dieting, but a life-threathening disease that isbelieved to have the highest mortality rate of any mental disorder.

Words to use instead: thin, skinny, slim, lean… But why do we actually comment on others’ weight anyway?

Bipolar. “I’m not sure if I am bipolar or just PMSing!” 

A bipolar disorder (also known as a manic-depressive disorder) causes dramatic shifts in mood and energy levels, but it’s not just about indecisiveness and mood changeability.  There are two basic types of a manic-depressive disorder and multiple sub-types (sometimes occuring with psychotic symptoms like hallucinations) which makes the illness pretty difficult to diagnose. If diagnosed and treated properly, a bipolar disorder doesn’t have to prevent one from leading a healthy, productive life. It usually requires, though, a life-long medication (that comes with multiple side effects).

Words to use instead: unpredictable, erratic, uncertain, volatile. 

OCD. “Ugh, he’s so OCD about his paperwork.”

“Being OCD” is sometimes used like it’s a good thing. Because hey, it makes you all neat and orderly, right? Well, no. Obsessive Compulsive Disorder (as defined by NIMH), is “a common, chronic, long-lasting disorder in which a person has uncontrollable, reoccurring thoughts (obsessions) and behaviors (compulsions) that he or she feels the urge to repeat over and over.” So it’s not the same thing as being well organized and, just as any other ILLNESS, can cause a lot of suffering and frustration. 

Words to use instead: organized, tidy, neat, ordered. 

Schizophrenic. “He acts so weird recently! I bet he has schizophrenia or something!”

Schizophrenia is the first diagnosis that usually comes into our minds when we see someone behave in an unusual, disturbing way and in a common undestanding is a disease that comes with “weird” symptoms, such as hallucinations, delusions and disorganized body movements. These are so-called positive symptoms. On the other hand, a person suffering from schizophrenia, can also experience the negative ones, which include “flat affect” (a reduced expression of emotions), reduced speaking, feeling of pleasures and ability to begin and sustain any activities. Additionally, everyone can experience these in a different way, so gathering all of them under the same simple label is just plain incorrect.

Words to use instead: bizarre, deranged, irrational – these are probably the words we are looking for when calling someone/something schizophrenic, but remember they’re NOT synonyms for this disease’s name.

So, you’ll now ask, maybe it’s best to simply NOT TALK about these issues? 

Oh gosh, no! That’s not what I’m trying to say! I do deeply that there’s absolutely no reason to be ashamed of struggling with a mental illness or having a beloved one suffer from it.

Because just think about it: If we can (more and more) openly talk about physical diseases, why don’t we do it with mental ilnesses? These two groups, after all, can be just as serious, cause one just as much pain and suffering and even, eventually, pose a threat to one’s life. And that’s exactly why we should discuss them. As long, of course, as we’re being cautious and sensitive, having some empathy and weighing our words.

Mental health is as important as physical health

“Dostaję depresji przez tę piosenkę!”, “O kurde, ale schudłaś! Wyglądasz jak anorektyczka!”, “Czasem to ja się tak zachowuję, jakbym miała dwubiegunówkę…”.

Wszyscy mamy to na swoim koncie: przeprowadzanie spontanicznej auto-diagnozy podczas swobodnej niedzielnej rozmowy z przyjaciółką albo nieadekwatne używanie terminów medycznych przy okazji ploteczek z kolegą z pracy. Proces ten – zapożyczanie słownictwa specjalistycznego, technicznego czy medycznego i “wciąganie” go do mowy potocznej – jest przecież bardzo powszechny i bynajmniej nie tyczy się wyłącznie terminów związanych ze zdrowiem psychicznym. Zjawisko to ma zresztą swoją nazwę (zaproponowaną w 2000 roku przez Ingrid Meyer i Kristen Mackintosh): determinologizacja. Mówiąc najprościej, odnosi się ono do popularyzacji słownictwa zarezerwowanego wcześniej dla specjalistów, czyli procesu, w następstwie którego konkretne wyrazy – w tym kontekście dotyczące chorób i zaburzeń psychicznych – są używane w sposób całkowicie lub częściowo pozbawiony adekwatności, tracąc przy tym swoistą głębię i powagę.

Żebyśmy się jednak nie zrozumieli źle: nie przychodzę do Was z reprymendą, a moim celem nie jest kogokolwiek pouczać czy oświecać. Sama, jak zresztą już wcześniej wspomniałam, mam determinologizację słownictwa dotyczącego trudności psychicznych na swoim koncie.  Nie chcę też sugerować, że ktokolwiek wskakuje w pułapkę tego zjawiska celowo, szastając “wariatami” na lewo i prawo świadomie, czy po to, by kogoś obrazić lub skrzywdzić. Poza tym wielu z nas może się wydawać, że tak długo, jak nie wskazujemy kogoś palcem, otwarcie przezywając go “świrem” (czy inną “schizofreniczką”), to przecież nie robimy nikomu żadnej krzywdy. Ale pozwolę sobie się nie zgodzić.

Oto dlaczego:

1. Determinologizacja chorób psychicznych przyczynia się do ich trywializacji. Sprawia zatem, że zaburzenia psychiczne – stanowiące realny problem i, nierzadko, źródło niewyobrażalnego cierpienia – są traktowane z o wiele mniejszą powagą, niż być powinny. Tą drogą, wysyłamy osobom cierpiącym na dane zaburzenie wiadomość, z której wynika, że ich problemy nie są realne czy godne poważnego traktowania, a to zaś może powstrzymywać je przed szukaniem profesjonalnej pomocy. 

2. Determinologizacja zaburzeń i chorób psychicznych prowadzi do ich stygmatyzacji i podtrzymywania związanych z nimi stereotypów. Powinniśmy być świadomi, że osoby cierpiące na zaburzenia psychiczne w codziennym życiu muszą mierzyć się z wyzwaniami dwojakiego rodzaju – po pierwsze z tymi, które związane są z bezpośrednimi symptomami danej choroby, po drugie z tymi, które wynikają z dotyczących jej społecznych uprzedzeń. W efekcie są ograbiane z różnorakich przywilejów i możliwości (jak dostęp do stabilnej pracy czy akceptacji społecznej), które nam samym, nie-chorującym, wydają się być oczywistością. 

3. Determinologizacja chorób psychicznych może zniechęcać osoby, które faktycznie cierpią z ich powodu do otwartego mówienia o swoich problemach. Sytuacja ulega pewnej poprawie, ale jest to proces powolny: jako społeczeństwo wciąż jesteśmy daleko od otwartości w kontekście zdrowia psychicznego. Niestety jednocześnie bardzo łatwo i szybko używamy słów, których znaczenia pojmujemy w pełni, w niewłaściwym im kontekście. I nie zdajemy sobie sprawy z powagi konsekwencji, jakie zachowanie to może nieść dla innych. Wystarczy bowiem wyobrazić sobie, że w żartach stawiamy daną “diagnozę” w obecności osoby, która – o czym przecież nie musimy wiedzieć – cierpi z powodu danego zaburzenia. 

4. Determinologizacja może sprawić, że osoba chora “stanie się” swoją diagnozą. Używanie nazw chorób psychicznych jak przymiotników jest zwyczajnie niewłaściwe w kontekście poprawności językowej. A poza tym, niespodzianka, nikt nie zmienia kształtu ani koloru w chwili, w której dostaje (profesjonalną) diagnozę. Nie zmienia się także w żadnego mitycznego stwora o nieprawdopodobnym wyglądzie (och, wyobraźcie to sobie tylko!). Niestety, tak jednoznaczne i dyrektywne określanie kogoś słowem, które zresztą powinno być zarezerwowane dla wykwalifikowanych diagnostów, pozostawia mało miejsca na nadzieję na wyzdrowienie. Stwierdzenie, że ktoś kimś jest (schizofrenikiem, anorektykiem, wariatem itp.), jest przecież o wiele bardziej definitywne, niż powiedzenie, że ktoś coś ma lub cierpi z powodu czegoś. Słowa – a także sposób, w jaki ich używamy – naprawdę mają znaczenie. 

Zaburzenia/Choroby Psychiczne najczęściej stosowane jako przymiotniki lub “łatki” 

Depresja. “Ta pogoda wpędza mnie w depresję!”

Depresja nie jest ekstremalną formą smutku, ale zaburzeniem nastroju związanym z wieloma psychologicznymi i psychosomatycznymi symptomami (jak przewlekłe poczucie smutku lub pustki, lęk, chroniczne zmęczenie, trudności ze snem, myśli i/lub próby samobójcze – by wymienić tylko kilka). A aby zostać zdiagnozowanym z depresją, jednostka musi cierpieć z ich powodu przez co najmniej dwa tygodnie. 

Kilka słownych zamienników: smutny,  nieszczęśliwy, przybity, zdołowany.

Atak paniki. “Miałam totalny atak paniki przed naszą pierwszą randką!” 

Ataki paniki są objawami zaburzenia ze spektrum zaburzeń lękowych, charakteryzującego się, między innymi, silną obawą przed bliżej nieokreśloną katastrofą oraz utratą kontroli nad zdarzeniami.  Nadchodzą nagle i mogą trwać od kilku do kilkunastu minut (czasem, choć rzadko, dłużej). Pomimo braku rzeczywistej przyczyny do obaw, lęk, którego jednostka doświadcza, jest jak najbardziej prawdziwy.  Co więcej, ponieważ ataki paniki zazwyczaj nadchodzą zupełnie niespodziewanie, osoby cierpiące z ich powodu często zmagają się także z lękiem przed kolejnym epizodem. Krótko mówiąc, atak paniki to zdecydowanie nie to samo co gwałtowny strach jakiego doświadczamy, gdy w naszym łóżku, nieproszony, pojawi się wielki, wredny pająk.

Kilka słownych zamienników: zszokowany, wstrząśnięty, przestraszony, zdenerwowany, niepewny. 

Trauma. “LOL, po spotkaniu z jego matką mam prawdziwą traumę!”

No tak, dobra, cóż… Wątpię. Pewnie czujesz się wzburzony/a albo wybita z równowagi. Ale trauma psychiczna to poważne uszkodzenie natury psychicznej i emocjonalnej, wynikające z doświadczenia (lub przewlekłego doświadczania) głęboko stresujących wydarzeń, które przekraczają nasze możliwości radzenia sobie. Objawy traumy mogą nawracać przez tygodnie, a nawet lata, prowadząc do poważnych, często nieodwracalnych konsekwencji.  

Kilka słownych zamienników: zszokowany, wstrząśnięty, wzburzony, zdenerwowany. Chociaż z drugiej strony nie ma chyba dla “traumy” takiego zamiennika, który w pełni oddawałby złożoność tego słowa (ale jeśli macie jakiś pomysł – koniecznie dajcie znać!). 

Anoreksja/Anorektyczny. “Jezu, popatrz tylko na nią! Wygląda jak anorektyczka!” 

Anorexia nervosa jest chorobą ze spektrum zaburzeń odżywiania, prowadzącą do dramatycznego ograniczania przez chorego ilości spożywanych przez niego/nią pokarmów. Najczęstsze objawy obejmują ekstremalną chudość prowadzącą do wycieńczenia organizmu, zaburzenia obrazu własnego ciała, niską samoocenę i poważny lęk przed przybraniem na wadze. I choć osoby cierpiące na anoreksję zazwyczaj rzeczywiście są bardzo chude, nie wynika to z ich świadomej decyzji albo po prostu stosowania “ekstremalnej diety”. Co więcej, anoreksja  – pośród innych chorób psychicznych – wiąże się z najwyższym współczynnikiem śmiertelności. 

Kilka słownych zamienników: chudy, szczupły, smukły, wiotki… A z drugiej strony czemu w zasadzie mielibyśmy komentować czyjś wygląd lub wagę? 

Choroba maniakalno-depresyjna, zaburzenia afektywne dwubiegunowe (potocznie tzw. dwubiegunówka) “Nie wiem, czy mam PMS czy dwubiegunówkę!”

Zaburzenie maniakalno-depresyjne wiąże się z dramatycznymi wahaniami nastroju oraz poziomu codziennej aktywności i energii, ale nie sprowadza się jedynie do zmienności w samopoczuciu i nastroju. Rozróżniamy dwa podstawowe typy tego zaburzenia i co najmniej kilkanaście jego podtypów (niektóre mogą występować z objawami psychotycznymi, jak choćby halucynacje), których mnogość tylko utrudnia postawienie właściwej diagnozy. Jeśli właściwie zdiagnozowana i leczona, choroba afektywna dwubiegunowa nie musi stać na przeszkodzie do prowadzenia stabilnego, produktywnego życia. Najczęściej jednak wiąże się z koniecznością stałego przyjmowania leków (których zażywanie może nieść za sobą wiele efektów ubocznych). 

Kilka słownych zamienników: nieprzewidywalny, zmienny, niestabilny, nieobliczalny. 

Zaburzenie obsesyjno-kompulsyjne. W kontekście tych swoich papierów to on jest chyba jakiś obsesyjno-kompulsyjny…”

Często myślimy o “byciu obsesyjno-kompulsyjnym” jak o czymś dobrym, albo nawet pożądanym. Bo hej, przecież dzięki temu jesteśmy super porządni i zorganizowani, nie? No… Właśnie nie. Zaburzenie obsesyjno-kompulsyjne (w definicji NIMH), jest “powszechnym, chronicznym zaburzeniem związanym z niekontrolowanymi, nawracającymi myślami (obsesjami) i zachowaniami (kompulsjami), które chory musi powtarzać wciąż i wciąż na nowo. A więc jest tym samym dalekie od bycia “zwyczajnie zorganizowanym” i, jak każda inna CHOROBA, może powodować mnóstwo bólu i cierpienia. 

Kilka słownych zamienników: schludny, poukładany, zorganizowany. 

Schizofrenia/Schizofreniczny. “Ostatnio zachowuje się dziwnie, jak jakiś schizofrenik, czy coś!”

Schizofrenia to przeważnie pierwsza “diagnoza”, która przychodzi nam na myśl gdy widzimy, jak ktoś zachowuje się w dziwaczny, niepokojący sposób. W potocznym rozumieniu, schizofrenia wiąże się z “dziwnymi” objawami – jak halucynacje, urojenia i zdezorganizowane ruchy ciała. I faktycznie, są to tzw. pozytywne objawy schizofrenii. Z drugiej jednak strony, chory może cierpieć z powodu objawów negatywnych, które obejmują tzw. “płytki afekt” (obniżoną zdolność do odczuwania i wyrażania emocji), obniżoną zdolność komunikacji, odczuwania przyjemności oraz rozpoczynania i podtrzymywania aktywności. Dodatkowo, każdy chory może doświadczać wspomnianych objawów w odmienny sposób, a więc zawieranie ich wszystkich pod jedną tylko “łatką” jest zwyczajnie niewłaściwe. 

Kilka słownych zamienników: dziwaczny, nieracjonalny, szalony, obłąkany – pewnie te określenia mamy na myśli, gdy nazywamy kogoś “schizofrenikiem” lub określamy coś mianem “schizofrenicznego”. Pamiętajmy jednak, że nie są one synonimem dla choroby, jaką jest schizofrenia! 

Więc może, zapytacie, najlepiej byłoby gdybyśmy po prostu przestali mówić o chorobach psychicznych? O nie, absolutnie nie to miałam przez cały ten czas na myśli! Powiem więcej: jestem głęboko przekonana, że zmaganie się z chorobą psychiczną (lub posiadanie bliskiej osoby, która na taką zapadła) nie jest w żadnym razie powodem do wstydu.

Zastanówmy się bowiem: jeśli jesteśmy w stanie (coraz bardziej) otwarcie mówić o naszych fizycznych dolegliwościach i chorobach, dlaczego nie możemy robić tego w kontekście tych natury psychologicznej? Obydwie wspomniane grupy mogą nieść przecież równie poważne konsekwencje, powodować tyle samo cierpienia, a także, w końcu, nieść za sobą ryzyko śmierci. I właśnie z tej prostej przyczyny powinniśmy mówić o nich jak najwięcej. Tak długo, rzecz jasna, jeśli zachowamy przy tym powagę, delikatność i będziemy ważyć nasze słowa. 

Sources/Źródła:

Defense Mechanism: Staying Alive, Healthy and Sane. Mechanizm Obronny: Jak zachować życie, zdrowie i zmysły?

Easy Dishes ToMake For Your50th BirthdayDinner Party (2).png

Hey there! You know what?

I passed all of my exams and it means only one thing: three more weeks and I’ll be defending my master’s thesis! It also means that I’m in the middle of an exhausting preparation period and oh boy, I’m learning a lot: not only from my textbooks, but also from my own experience!

I thought it would be cool if I share some of these lessons – so say hi to my new series: The Defense Mechanism, where I’ll be sharing my defense-related wisdom : )  Today I’m going to be talking about staying sane and relatively healthy when preparing for the Judgment Day. So…

Overwork. Surprised? Well, sorry, but I will not tell you not to overwork, because we both know that you will. It’s obvious – you are preparing for the final battle and if there’s ever the right time to get yourself to the extreme point of intellectual exhaustion, it’s now. The trick here though is to do it in a smart way. You are going to use a lot energy, but use it on things that work for you and will get you further in that process. Are you a note-taker? Then spend hours taking notes. Do you study best at night? So don’t push yourself to go through your books at noon! Reflect on what works for you best and do as much as you can.

Be an egoist and focus on yourself. An unpopular opinion, huh? Whatever! We – the smart kids, the hard workers, the achievers – usually feel responsible for our friends, partners and families. But aren’t we just pumping our egos when believing that everyone else needs our help? Your boyfriend knows how to do the laundry and your mom has friends she can talk to (and if she doesn’t, she’s a grown up and it’s her responsibility!). Now I’m not talking about real crisis situations, but they are RARE. What I’m trying to say, is that it’s really the time you take care of yourself first. And I promise, you’re doing everyone a huge favor – at least nobody is going to have to pick up your cold corpse from the hospital when you decide to throw yourself from a library’s window.

Keep track of your thoughts. Ever heard of cognitive distortions? You know, the double standards that we hold, negativity bias, emotional reasoning and all the shoulds, coulds and haves? It’s important to educate yourself on how your own stressed mind is tricking you into following destructive cognitive patterns. Stay tuned, cause you will find more on that in my Mental Mondays series!

Keep a healthy routine. I feel like this is so, so important. From time to time we’re all tempted to push ourselves a little bit more, pull an all-nighter and prove ourselves that we can do it. But hey, if you don’t rest, your body will eventually crash down. Regular, balanced work is way more efficient than those spikes of activity that will only leave you twice as exhausted. So go for 8 hours a day instead of working for 24 hours and then dying for 48 more.

Don’t go for any big changes. Stress and frustration often leads us to feeling this strong, urgent need for dramatic changes. Re-designing your apartment. Cutting of all of your hair and dying whatever remains blue and red. Breaking up, getting engaged. Starting a blog (sounds familiar? I’m learning from my own mistakes!). Suppress that need. Stick to your usual, boring, balanced rhythm. And if you still feel like changing your entire life after your defense, then nobody (including me) will stop you!

Cut down the negative self-talk. Get your shit together, you lazy fuck. How can you not know it, you retard? Keep going, you weak bitch. I know it’s drastic, but… Doesn’t it sound kinda familiar?  Ok, then STOP. Just stop. Would you ever say that to a friend? To your dad? To your beloved dog or cat or a goldfish? I hope not. So why the hell are you saying that to yourself? It’s true we need to motivate ourselves, but instead of being the mean, grumpy coach, become your own hot cheerleader. Who’s the champion? You’re the champion! You’re a fucking beast! Go, go, go! You can and you will do it! 

Get social. But not too social. Despite all individual differences, we all are social animals and even though it’s probably more crucial for extraverts than for introverts, we all need to hang out with other human beings from time to time. So find 30 minutes to go for a walk with a friend, have dinner with your family or chat to a fellow stressed student (about something that is not related to studying). At the same time listen to yourself if you feel like you need more me time. They will all survive a day or two without your presence!

Take care of your body. You probably will lose some weight, some hair and your nails will get all brittle and disgusting anyway. But if you don’t take proper care of your organism, this period of increased stress can bring you way more serious consequences. So remember to eat, sleep and excercise. If you’re taking any meds – take them regularly. And if something still doesn’t feel right, go get yourself checked by a doctor.

Acccept help. I know it’s a hard one. Probably the hardest for some. If you’ve come this far, you’ve probably been in multiple situations in which you could count only on yourself. It’s your success. Your achievement. And it’s cool to think you’re the only one to take all the credit. But accepting help (or asking for it!) doesn’t mean you’re weak. It’s actually means the exact opposite: being able to admit that you just need a hug, a talk or an ugly cry in your sister’s arms, is a sign of self-awareness and pure strenght.

Okay-kay, that would be it for now. Any other ideas or tips? Any thoughts? Go ahead and share! ❤

Later!

N.E.

And remember to BE KIND, because everyone is fighting some kind of a battle!

biu

Hej! Wiecie co?

Zdałam wszystkie egzaminy, a to oznacza tylko jedno: za trzy tygodnie podchodzę do obrony pracy magisterskiej! Co jest równoznaczne z faktem, że znajduję się w połowie wykańczającego maratonu przygotowawczego i, jejku jejku, ileż ja się uczę! Nie tylko z książek, ale i… przez własne doświadczenie.

Pomyślałam sobie zatem, że fajnie by było gdybym podzieliła się odrobionymi lekcjami. A zatem szykujcie się na nową serię: Mechanizm Obronny, w której to postaram się zawrzeć moją mądrość związaną z obroną ; ) Dzisiaj chcę pogadać o tym, jak zachować życie, zdrowie i zmysły podczas przygotowań do Dnia Sądu. A więc…

Przepracowuj się. Zaskoczony? No to sorry, ale nie powiem Ci, że masz się nie przepracowywać, bo obydwoje wiemy, że będziesz. To oczywiste – w końcu przygotowujesz się do walki ostatecznej i jeśli kiedykolwiek jest dobry moment, by wyżyłować się do spodu, to właśnie nastał. Sztuczka polega jednak na tym, żeby robić to w mądry sposób. Skoro i tak wykorzystasz mnóstwo energii, to przynajmniej zużyj ją na rzeczy, które działają dla Ciebie i które popchną Cię o krok dalej w całym tym wykańczającym procesie. Najlepiej czujesz się robiąc notatki? To spędzaj na tym całe godziny! Lepiej uczysz się nocą? Więc nie zmuszaj się do czytania podręczników w południe! Zastanów się, co najlepiej działa w Twoim własnym przypadku i pracuj w ten sposób najwięcej, jak się tylko da.

Bądź egoistą i skup się na sobie. Mało popularna opinia, co? Wszystko mi jedno! My – ci mądrzy, ci ciężko pracujący, ci z wielkimi osiągnięciami – często czujemy się nieprzytomnie odpowiedzialni za naszych bliskich. Ale czy wiara, że wszyscy potrzebują naszej pomocy nie jest tylko przejawem pompowania sobie ego? Twój facet wie jak zrobić pranie, a Twoja mama ma przyjaciół, z którymi może porozmawiać (a jeśli nie ma, to sorry, ale jest dorosłym człowiekiem i to już jej odpowiedzialność). I nie mam na myśli prawdziwych sytuacji kryzysowych, ale wiadomo, że te zdarzają się niezwykle rzadko. Chodzi o to, że dbając o siebie wyświadczasz innym raczej sporą przysługę. Pomyśl, że nikt nie będzie przynajmniej musiał odbierać Twoich zimnych zwłok ze szpitala, gdy zdecydujesz się na skok z bibliotecznego okna.

Obserwuj swoje myśli. Słyszałeś/aś kiedyś o zniekształceniach poznawczych? No wiesz, podwójnych standardach, negatywnej tendencyjności myślenia, emocjonalnym wnioskowaniu i wszystkich tych powinienem, mógłbym, muszę? Ważne, żebyś nauczyła się rozpoznawać sposoby, na które Twój własny, zestresowany umysł próbuje narzucać Ci destrukcyjne wzorce myślenia. Uwaga, więcej na ten temat znajdziesz w moich Psychicznych Poniedziałkach!

Zadbaj o zdrowy rytm życia. To jest, moim zdaniem, nieprzytomnie ważna zasada. Od czasu do czasu wszystkich nas kusi żeby popchnąć siebie samych o krok dalej, zarwać noc i udowodnić sobie samym, że kto, jak nie my. Ale hej, prędzej czy później organizm popędzany w ten sposób nie wytrzyma i zwyczajnie się załamie. Zrównoważona, regularna praca jest o wiele bardziej skuteczna niż nagłe skoki aktywności, które tylko zostawią Cię podwójnie wykończonym. Więc polecam raczej zapieprzać codziennie przez 8 godzin, niż zajechać się przez 24, a potem umierać przez kolejne 48.

Nie decyduj się na żadne wielkie zmiany. Stres i frustracja często sprawiają, że nagle zaczynamy czuć tę nagłą, silną potrzebę dramatycznych zmian. Przemeblowanie całego mieszkania. Obcięcie włosów i pofarbowanie tego, co zostanie, na czerwono i niebiesko. Zerwanie z kimś albo nagłe zaręczyny. Założenie bloga (brzmi znajomo? Uczę się na własnych błędach!). Powstrzymaj tę potrzebę. I lepiej trzymaj się starego, nudnego trybu życia. A jeśli po obronie nadal będziesz czuł, że musisz zmienić całe życie, nikt (łącznie ze mną) nie będzie Cię powstrzymywał.

Skończ z negatywnym auto-dialogiem. Weź się w garść, ty pieprzony leniu. Jak możesz tego nie wiedzieć, głupia debilko? Zachrzaniaj dalej, durny słabeuszu! Drastyczne, wiem, ale… Nie brzmi to trochę znajomo? Ok, więc przestań. Po prostu PRZESTAŃ. Czy wyraziłbyś się w podobny sposób w stosunku do swojego przyjaciela? Do taty? Do ukochanego pieska, kotka, złotej rybki? Mam nadzieję, że nie! Więc dlaczego miałbyś zwracać się w taki sposób do samego siebie? Jasne, że musimy czasem zmotywować samych siebie, ale zamiast być zrzędliwym, wrednym trenerem, lepiej stań się własną cheerleaderką. Kto jest mistrzem? Ty jesteś, kurde, mistrzem! Jesteś bestią! Dajesz, dajesz, dajesz! Uda Ci się! 

Wyjdź do ludzi. Ale nie za bardzo. Pomimo licznych różnic indywidualnych, wszyscy jesteśmy zwierzętami stadnymi i nawet, jeśli to odnosi się pewnie bardziej do ekstrawertyków, niż introwertyków, wszyscy musimy się czasem spotkać z drugim człowiekiem. Więc znajdź – mimo wszystko! – te 30 minut na spacer ze znajomym, obiad z rodziną albo rozmowę z innym studentem w rozterce (o czymś, co nie jest związane ze studiowaniem). A jednocześnie słuchaj siebie jeśli czujesz, że potrzebujesz raczej chwili samotności. Spokojnie, świat przeżyje dzień czy dwa bez Twojej obecności!

Zadbaj o swoje ciało. Pewnie i tak stracisz parę kilko, trochę włosów, a Twoje paznokcie staną się kruche i obrzydliwe. Ale jeśli nie zadbasz o swój organizm, ten okres wzmożonego stresu może przynieść Ci o wiele poważniejsze konsekwencje. Więc pamiętaj, żeby jeść, spać (jak Tamagotchi…) i ćwiczyć. Jeśli bierzesz jakieś leki – rób to regularnie. I jeżeli coś nadal jest nie w porządku, po prostu idź do lekarza!

Zaakceptuj pomoc. Dobra, wiem, że to trudny kawałek. Dla wielu chyba najtrudniejszy. W końcu dotarłeś tak daleko i pewnie niejednokrotnie mogłeś liczyć tylko na siebie. To Twój sukces. Twoje osiągnięcie. I fajnie jest myśleć, że to tylko Twoja zasługa – niczyja więcej! Ale zaakceptowanie pomocy (albo poproszenie o nią!) nie jest równoznaczne ze słabością. A wręcz przeciwnie – przyznanie, że potrzebujesz by Cię ktoś przytulił, wysłuchał, albo zniósł Twój histeryczny płacz, jest oznaką samoświadomości i czystej siły.

Okay-kay, to by było na tyle! Jakieś inne pomysły? Porady? Przemyślenia? Czekam! ❤

Na razie!

N.E.

I pamiętajcie, żeby być UPRZEJMYMI. W końcu każdy toczy jakąś walkę.